Zawsze
cieszyło mnie, że fascynacje muzyczne Tymona Tymańskiego w dużej mierze
pokrywają się z moimi. Stąd wieść o nowym coverowym albumie Tymon & The
Transistors przyjąłem z zadowoleniem. Jest to też uzasadniona decyzja - Tymon
na polskiej scenie istnieje od końca lat osiemdziesiątych, będąc członkiem
wielu zespołów. Najlepszym dodatkiem do recenzji tego albumu jest książeczka
płytowa, w której opisany jest każdy utwór.
Płytę rozpoczyna Heartbreak Hotel Elvisa Presleya. Do czasu, jak usłyszałem cover Johna Cale’a, oryginalne wykonanie Elvisa uznawałem za niedoścignione. W tym wypadku jak najbardziej udane i przystosowane wykonanie do tytułowego rock’n’rolla. Dalej mamy Memphis, Tennessee Chucka Berry, co zapowiada, że będzie to skrupulatne podejście do tematu, bowiem płyta okazuje się być przeglądem historii gatunku. Największą zaletą płyty, obok dodania do znanych utworów swojego stylu, jest podanie słuchaczowi nazwisk wykonawców, na które warto zwrócić uwagę, jeśli chce się uznawać za człowieka osłuchanego z muzyką nie tylko nowoczesną, ale taką, z której czerpie do tej pory wielu artystów. My back pages Dylana zwalnia tempo albumu, pokazując jego szersze oblicze. Z tego względu być może przeciwnicy pomysłu na tę płytę uznali ją za „nijaką i bez wyrazu”. Dylan musiał się tutaj pojawić. Jedynym indywidualnym zarzutem może być wybór właśnie tego utworu.
Płyta nie mogłaby istnieć bez coveru stonesów. The Last time ładnie urozmaica płytę pokazując, że można pociągnąć efektownie utwór od początku do końca w zasadzie na jednej zagrywce. Dużym schodkiem w dół jest dla mnie wersja Soul Kitchen doorsów. Przejmujący i klimatyczny w oryginale, tutaj został obdarty z tego co najlepsze i sprowadzony na szybkie tempo rock’n’rolla. „Twórczy niepokój”, o którym mowa w książeczce, nie został uwzględniony. Na plus w tym przypadku dobrze oddana partia klawiszowa w stylu Manzarka. Tymon, jako wielki fan beatlesów musiał zadbać o utwór z ich repertuaru. The Walrus powinien być wizytówką albumu - wykorzystany przynajmniej jako drugi singiel promujący płytę. Jeszcze większy charakter ma ten utwór odgrywany na żywo. Znakomite odświeżenie muzyki z 1967 roku.
Obecność Who Needs The Peace Corps/Concentration Moon ucieszyła mnie najbardziej, głównie dlatego, że to utwór Zappy, a polskim Frankiem Z. nazywam właśnie Tymona Tymańskiego za wszechstronne podejście do rocka, zwroty w kierunku jazzu oraz dużą dawkę humoru w muzyce. W albumach Zappy można by przebierać godzinami w poszukiwaniu odpowiedniego utworu do wykorzystania. Tutaj zostało uwzględnionych wiele cech charakterystycznych dla twórczości Franka, więc to kolejna dobra lekcja dla słuchaczy. Space Oddity (pierwszy singiel) Bowiego, to udany cover śpiewany w duecie z Natalią Przybysz. Utwór przybrał nowy charakter przez niski głos wokalistki rodem z soundtracku do filmów z serii przygód Bonda. Transmission to druga ujma dla albumu. Cudowna smętność Joy Division została przemieniona w dyskotekową młóckę.
Cobain lubił rozwalać utwory na żywo. Mam tutaj na myśli wrzaskliwą wersję Come As You Are, czy rozciągnięte Smells Like Teen Spirit. Pierwszy z wyżej wspomnianych w wykonaniu Tymona z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej i Natalii Przybysz nie pozostaje wielce w pamięci. Jednak propozycja ta – zaśpiewana „od niechcenia” ma pewien urok. Kolejna wielka postać przywołana przez zespół, to Iggy Pop i jego Jealousy – wpadający w ucho kawałek z gościnnym udziałem Daniela Hertzova. Płytę kończy rozczarowujący Autopilot (QOTSA). Pomysł bardzo ciekawy – utwór z historii najnowszej rocka (w porównaniu do pozostałych pozycji), ale w wersji niekoniecznie rockowej. Miało być „w duchu Tricky’ego i Nine Inch Nails” – jestem trzeci raz na nie.
Album z coverami zawsze niesie z sobą spore ryzyko. Jednemu spodoba się wersja danego utworu, drugiego oburzy dewastacja swojego ulubionego, świętego, czy nienaruszalnego kawałka. W moim odczuciu znalazły się tutaj trzy niewypały, resztę przyjmuję z zadowoleniem. Warto posłuchać Rock’n’roll przynajmniej jako test własnego obeznania i możliwe źródło inspiracji na odkrycie czegoś (starego) nowego.
Płytę rozpoczyna Heartbreak Hotel Elvisa Presleya. Do czasu, jak usłyszałem cover Johna Cale’a, oryginalne wykonanie Elvisa uznawałem za niedoścignione. W tym wypadku jak najbardziej udane i przystosowane wykonanie do tytułowego rock’n’rolla. Dalej mamy Memphis, Tennessee Chucka Berry, co zapowiada, że będzie to skrupulatne podejście do tematu, bowiem płyta okazuje się być przeglądem historii gatunku. Największą zaletą płyty, obok dodania do znanych utworów swojego stylu, jest podanie słuchaczowi nazwisk wykonawców, na które warto zwrócić uwagę, jeśli chce się uznawać za człowieka osłuchanego z muzyką nie tylko nowoczesną, ale taką, z której czerpie do tej pory wielu artystów. My back pages Dylana zwalnia tempo albumu, pokazując jego szersze oblicze. Z tego względu być może przeciwnicy pomysłu na tę płytę uznali ją za „nijaką i bez wyrazu”. Dylan musiał się tutaj pojawić. Jedynym indywidualnym zarzutem może być wybór właśnie tego utworu.
Płyta nie mogłaby istnieć bez coveru stonesów. The Last time ładnie urozmaica płytę pokazując, że można pociągnąć efektownie utwór od początku do końca w zasadzie na jednej zagrywce. Dużym schodkiem w dół jest dla mnie wersja Soul Kitchen doorsów. Przejmujący i klimatyczny w oryginale, tutaj został obdarty z tego co najlepsze i sprowadzony na szybkie tempo rock’n’rolla. „Twórczy niepokój”, o którym mowa w książeczce, nie został uwzględniony. Na plus w tym przypadku dobrze oddana partia klawiszowa w stylu Manzarka. Tymon, jako wielki fan beatlesów musiał zadbać o utwór z ich repertuaru. The Walrus powinien być wizytówką albumu - wykorzystany przynajmniej jako drugi singiel promujący płytę. Jeszcze większy charakter ma ten utwór odgrywany na żywo. Znakomite odświeżenie muzyki z 1967 roku.
Obecność Who Needs The Peace Corps/Concentration Moon ucieszyła mnie najbardziej, głównie dlatego, że to utwór Zappy, a polskim Frankiem Z. nazywam właśnie Tymona Tymańskiego za wszechstronne podejście do rocka, zwroty w kierunku jazzu oraz dużą dawkę humoru w muzyce. W albumach Zappy można by przebierać godzinami w poszukiwaniu odpowiedniego utworu do wykorzystania. Tutaj zostało uwzględnionych wiele cech charakterystycznych dla twórczości Franka, więc to kolejna dobra lekcja dla słuchaczy. Space Oddity (pierwszy singiel) Bowiego, to udany cover śpiewany w duecie z Natalią Przybysz. Utwór przybrał nowy charakter przez niski głos wokalistki rodem z soundtracku do filmów z serii przygód Bonda. Transmission to druga ujma dla albumu. Cudowna smętność Joy Division została przemieniona w dyskotekową młóckę.
Cobain lubił rozwalać utwory na żywo. Mam tutaj na myśli wrzaskliwą wersję Come As You Are, czy rozciągnięte Smells Like Teen Spirit. Pierwszy z wyżej wspomnianych w wykonaniu Tymona z gościnnym udziałem Katarzyny Nosowskiej i Natalii Przybysz nie pozostaje wielce w pamięci. Jednak propozycja ta – zaśpiewana „od niechcenia” ma pewien urok. Kolejna wielka postać przywołana przez zespół, to Iggy Pop i jego Jealousy – wpadający w ucho kawałek z gościnnym udziałem Daniela Hertzova. Płytę kończy rozczarowujący Autopilot (QOTSA). Pomysł bardzo ciekawy – utwór z historii najnowszej rocka (w porównaniu do pozostałych pozycji), ale w wersji niekoniecznie rockowej. Miało być „w duchu Tricky’ego i Nine Inch Nails” – jestem trzeci raz na nie.
Album z coverami zawsze niesie z sobą spore ryzyko. Jednemu spodoba się wersja danego utworu, drugiego oburzy dewastacja swojego ulubionego, świętego, czy nienaruszalnego kawałka. W moim odczuciu znalazły się tutaj trzy niewypały, resztę przyjmuję z zadowoleniem. Warto posłuchać Rock’n’roll przynajmniej jako test własnego obeznania i możliwe źródło inspiracji na odkrycie czegoś (starego) nowego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz