sobota, 5 maja 2018

Tłusty Bit

Oto sprawa, która świerzbi mnie od dawna i muszę się z nią rozliczyć. Ten, kto mniej więcej wie, o jakiej muzyce piszę, będzie wiedział, że zwrot "tłusty bit" stać przy moim nazwisku po prostu nie może. Dlatego przy błądzących czytelnikach chcę ostentacyjnie strzepnąć z siebie ten zwrot. Tę obrzydliwą etykietę. I setki innych. Etykiety, przez które boję się czytać recenzji, żeby nie nasiąknąć utartymi zwrotami. Sam „utarty zwrot” jest już utartym zwrotem. Skanuję często recenzje bezczelnie tak, jak i Ty, czytelniku. Brzydzę się też często swoimi recenzjami, dlatego nie powracam do nich  zbyt często, nawet przed ich publikacją. Fuszerka, ale mam wtedy pewność (lub jej przyjemną iluzję), że piszę płynnie i zgodnie z hitchensowskim zaleceniem, żeby pisać tak, jak się mówi.
Krótką lekcją i solidnym policzkiem dla wielu piszących powinna być scena w Birdmanie, w której Michael Keaton pięknie denerwuje się na panią krytyk przy barze i mówi, że jej pisanie jest zbiorem etykiet. 


Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Grupka znajomych spotyka się w piątkowy wieczór przy piwie i nagle ktoś rzuca hasło - "Słyszał ktoś nową płytę Majki Jeżowskiej?". Zgłasza się Jan Recenzent i zaczyna opowieść:
"Majka Jeżowska istnieje na polskiej scenie rockowej od trzydziestu siedmiu lat i po sukcesie ostatniej płyty Czarodzieje uśmiechu 2 wydanej 4 lata temu wydała w tym roku nowy album. Czy powtórzy sukces płyty Królestwo zielonej polany?
Majka Jeżowska występuje w składzie - Pan X (akordeon), Pan Y (melotron) oraz Pani Majka Jeżowska (śpiew). Kompozycje są bardzo urozmaicone, ale czasem płyta może nudzić. Najbardziej zapadł mi w pamięć utwór "Tłusty bit", który swoją oryginalnością przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Kompozycja ta ma niemal tak gęsty bit jak w utworze "A ja wolę moją mamę" z 1985 roku, co sprawia, że za każdym razem kiedy go słucham, ciarki przechodzą mi po plecach.
Majka Jeżowska swoim najnowszym albumem udowodniła, że wciąż potrafi tworzyć znakomitą muzykę. Pozycja obowiązkowa dla nowych słuchaczy i starych fanów."

Tak wygląda szablon recenzji, który jest wykorzystywany (albo choć część jego zwrotów) świadomie i podświadomie przez wielu recenzentów (włącznie z wciąż bijącym się przez to w czoło autorem). Kto tak mówi o muzyce? To ma być ładnie? Jak to się dzieje, że podchodząc do pisania, nagle zmienia się nasz słownik? Czuję się tak samo jak Keaton we wcześniej opisanej scenie.

Przez chwilę pomyślałem, że kondycja recenzenta może wynikać z kondycji współczesnej muzyki. Być może na nową falę inwencji recenzenckiej nie ma już szans tak, jak na nawrót fali inwencji w muzyce lat sześćdziesiątych. Nie tędy droga. Tego się nie łączy. Mowa tutaj przecież również o opinii dotyczącej literatury i filmu. Wszędzie znajdują się na stałe wbudowane polskie idiomy i małe zwrociki. Wszystko by było dobrze, gdyby nie były one tak często powtarzane. A na dość nowe „popełnienie albumu” lub „popełnienie utworu” nie chcę nawet patrzeć. I nic z tego, że znajdziemy te zwroty w słowniku. Zrzynanie i nadużywanie tych zwrotów sprawia, że są one irytujące.
Jaki jest wniosek z mojego małego oburzenia? Lepiej pozostać szczerym prostakiem w pisaniu, niż „upiększać” swoje zdania zwrotami ze słowniczka małego recenzenta – wirusa zaszczepionego gdzieś w okolicach nauki o rozprawkach. Oto moje małe wołanie, cieniutki, niemal niesłyszalny, upominający pisk. Niech przypomni się każdemu, kto będzie w przyszłości chciał wydać swoją pisemną opinię, żeby zajrzał w siebie, a nie odruchowo w szablon i listę zwrotów. "O, taki bezbłędny, czysty i elokwentny" - Kazik pewnie nie wiedział, że opisuje recenzenta. Czyje recenzje są wartościowe? Pomówmy o tym głośno, szukajmy nowego Tomasza Beksińskiego. Nie potrafię polecić już nikogo, kto by tak dobrze polecał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

        Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019)         Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...