Krótką lekcją i
solidnym policzkiem dla wielu piszących powinna być scena w Birdmanie, w której Michael Keaton
pięknie denerwuje się na panią krytyk przy barze i mówi, że jej pisanie jest
zbiorem etykiet.
Wyobraźmy sobie
następującą sytuację. Grupka znajomych spotyka się w piątkowy wieczór przy
piwie i nagle ktoś rzuca hasło - "Słyszał ktoś nową płytę Majki Jeżowskiej?".
Zgłasza się Jan Recenzent i zaczyna opowieść:
"Majka Jeżowska
istnieje na polskiej scenie rockowej od trzydziestu siedmiu lat i po sukcesie
ostatniej płyty Czarodzieje uśmiechu 2
wydanej 4 lata temu wydała w tym roku nowy album. Czy powtórzy sukces płyty Królestwo zielonej polany?
Majka Jeżowska występuje
w składzie - Pan X (akordeon), Pan Y (melotron) oraz Pani Majka Jeżowska
(śpiew). Kompozycje są bardzo urozmaicone, ale czasem płyta może nudzić.
Najbardziej zapadł mi w pamięć utwór "Tłusty bit", który swoją
oryginalnością przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Kompozycja ta ma niemal
tak gęsty bit jak w utworze "A ja wolę moją mamę" z 1985 roku, co
sprawia, że za każdym razem kiedy go słucham, ciarki przechodzą mi po plecach.
Majka Jeżowska swoim
najnowszym albumem udowodniła, że wciąż potrafi tworzyć znakomitą muzykę.
Pozycja obowiązkowa dla nowych słuchaczy i starych fanów."
Tak wygląda szablon
recenzji, który jest wykorzystywany (albo choć część jego zwrotów) świadomie i
podświadomie przez wielu recenzentów (włącznie z wciąż bijącym się przez to w czoło
autorem). Kto tak mówi o muzyce? To ma być ładnie? Jak to się dzieje, że
podchodząc do pisania, nagle zmienia się nasz słownik? Czuję się tak samo jak
Keaton we wcześniej opisanej scenie.
Przez chwilę
pomyślałem, że kondycja recenzenta może wynikać z kondycji współczesnej muzyki.
Być może na nową falę inwencji recenzenckiej nie ma już szans tak, jak na
nawrót fali inwencji w muzyce lat sześćdziesiątych. Nie tędy droga. Tego się
nie łączy. Mowa tutaj przecież również o opinii dotyczącej literatury i filmu.
Wszędzie znajdują się na stałe wbudowane polskie idiomy i małe zwrociki.
Wszystko by było dobrze, gdyby nie były one tak często powtarzane. A na dość
nowe „popełnienie albumu” lub „popełnienie utworu” nie chcę nawet patrzeć. I
nic z tego, że znajdziemy te zwroty w słowniku. Zrzynanie i nadużywanie tych
zwrotów sprawia, że są one irytujące.
Jaki jest wniosek z
mojego małego oburzenia? Lepiej pozostać szczerym prostakiem w pisaniu, niż
„upiększać” swoje zdania zwrotami ze słowniczka małego recenzenta – wirusa
zaszczepionego gdzieś w okolicach nauki o rozprawkach. Oto moje małe wołanie,
cieniutki, niemal niesłyszalny, upominający pisk. Niech przypomni się każdemu,
kto będzie w przyszłości chciał wydać swoją pisemną opinię, żeby zajrzał w
siebie, a nie odruchowo w szablon i listę zwrotów. "O, taki bezbłędny,
czysty i elokwentny" - Kazik pewnie nie wiedział, że opisuje recenzenta.
Czyje recenzje są wartościowe? Pomówmy o tym głośno, szukajmy nowego Tomasza Beksińskiego.
Nie potrafię polecić już nikogo, kto by tak dobrze polecał.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz