sobota, 5 maja 2018

Podsumowanie muzyczne 2014 roku

Rok pełen rozczarowań i braku pozycji, którą mógłbym uznać za najlepszą. Czekałem na nowy album AC/DC (premiera 2 grudnia), w końcu w tej maszynie nic nie może się popsuć, ani zmienić. Dodatkowo Stephen King poleca ich album, więc fanfary i fajerwerki rozbrzmiewają już przed odpaleniem krążka. Jaki jest album w rzeczywistości? A co było najgorsze z grona najgorszych? Wszystko opisałem poniżej. Na wstępie jedynie muszę dodać, że w tym roku zadowolenie odnalazłem w soundtrackach i  muzyce instrumentalnej. Reszcie (około rock-metalowa grupa) pozostawiłem sporą porcję narzekania.

AC/DC – Rock or Bust
(hard rock)
Niesamowite zaskoczenie! Takiej zmiany nikt by się nie spodziewał! Oczywiście żartuję. Piszę te słowa jeszcze przed przesłuchaniem albumu. Płyty AC/DC powinny występować również w marketach - z naklejką „pewniak”. Wiadomo, że zespół nie odejdzie od swojego stylu. Sprawa zamknięta. Angus Young zapomina, że użył danego riffu na jednym albumie kilka razy, nie ma co mówić więc o powtarzalności riffów na przestrzeni kilku i kilkunastu albumów. Szesnasta płyta Rock or Bust (w tym momencie autor jest już po przesłuchaniu albumu) jest typowa dla stylu AC/DC. Dobrze, że to tylko trzydzieści pięć minut, więcej nie dałoby się znieść, a w tak krótkim czasie jest jak zawsze... tak samo. Dobrze.
3,5/6

Devin Townsend – Z2
(rock opera, progressive metal)
Komputerowej zabawy Townsenda ciąg dalszy. Są tutaj momenty bardzo imponujące, ale słuchać w całości się tego nie da. Rozumiem, że to koncept album i druga część opowieści o pozaziemskiej postaci Ziltoid z planety Ziltoidia 9, ale jeśli słuchacz nie jest zainteresowany bogatą wyobraźnią Townsenda, to powinien sobie płytę odpuścić. Słychać tu dużo pracy włożonej w album, ale zbyt duży wkład w tym komputera. Czasy płyt Terria (2001) lub choćby Addicted (2009) były zdecydowanie ciekawsze. Komputerowo-człowiecza opera. Gdyby tylko powstała do tego ciekawa animacja, może warto byłoby obejrzeć.
2,5/6

Electric Wizard – Time to die
(doom metal, stoner metal)
Powiadali, że wrócą stylem do czasów Dopethrone (2000). Rzeczywiście jest ciężko, klimatycznie, rozlaźle i też dobrze. Atmosfera płyty sprawia, że można poczuć efekt muzyki przypływającej z oddali. Wszystko jest rozmyte, przeciągnięte i na dłuższą metę ciężkostrawne, choć to zamierzona konsekwencja albumu. Przytłaczający ciężar.
4/6

Eyehategod – Eyehategod
(sludge metal, hardcore punk)
Undergroundowa furia – moje główne skojarzenie na myśl o tej muzyce. Utwór Trying to Crack the Hard Dollar to zastrzyk energii i mój ulubiony kawałek z płyty. Łatwo rozpoznać tę płytę po nieustannych sprzężeniach, bujających riffach i bardzo ekspresyjnym, ostrym wokalu.
4/6

Godflesh – A World Lit Only by Fire
(industrial metal, sludge metal)
Kiedy widzę, że zespół jest spod gatunku industrialnego metalu, od razu przypomina mi się nowa odsłona Killing Joke i zaczynam ziewać. Godflesh ma jednak soczyste brzmienie gitar i na szczęście bliżej grupie do sludge metalu. Mam problem z tą płytą - jestem pełen optymizmu i zadowolenia przez pierwszych siedem utworów, a potem mam dość. Może nie jest to wina wtórności na albumie, ale zmiany, jaka na nim zachodzi. W drugiej części płyty zamieszczono nieco zmienione wersje dwóch utworów, które znajdują się na albumie. Zupełnie tego nie kupuję. Pojedyncze utwory – tak, całość – nie.
3/6

Joe Bonamassa – Different Shades of Blue
(blues rock)
Bałem się tego albumu. Bonamassa ostatnią dobrą płytę wydał w 2009 r. (The Ballad of John Henry) i od tamtego czasu wydaje albumy, którymi prawdopodobnie chce się przypodobać starszym paniom. Rączki w górę i pobujajmy się na boczki. Najlepiej na siedząco. Tyle pozostało z blues rocka. Bolesne jest to, że to przecież czołowy przedstawiciel gatunku. Stary fan, jak co roku zostanie zwiedziony jednym dobrym singlem i dostanie tylko tyle. W tym roku nawet połowę dobrego singla, bo tytułowy utwór jest atrakcyjny, jednak wraz z przyjściem refrenu nadzieja na lepszą przyszłość Bonamassy legnie w gruzach razem z grzechoczącymi kośćmi swoich starych fanek.
Poza tym, pierwszym singlem powinien być Oh beautiful – atrakcyjny utwór z riffem ala Jimmi Page, Get back my tomorrow również przyjemne i przyzwoite. Reszta może nadawać się jako akompaniament do porządków przedświątecznych.
2,5/6

John Garcia – John Garcia
(stoner rock)
Jak to się dzieje, że projekty, w których śpiewa Garcia są tak porywające i przebojowe? Przecież to tylko wokalista, a pozostali muzycy w jego zespołach zmieniają się. Garcia zadebiutował w tym roku solowym krążkiem w stylu Kyussa, Slo Burn i Unidy (zespoły, których był członkiem), zwijając nawet po drodze charakter utworów QOTSA (The Blvd). Co najważniejsze, czas nie pozostawił skaz w głosie Garcii, a śpiewa na „dużej scenie” ponad dwadzieścia lat. Na płycie pojawia się utwór All These Walls znany fanom Slo Burn. Oprócz tego mamy sporo chwytliwych utworów, jak His Bullets Energy, czy Her Bullets Energy. Prosty, oklepany, pozytywny stoner rock.
4/6

Machine Head – Bloodstone & Diamonds
(groove metal, thrash metal, nu metal)
Być może to płyta roku w kategorii thrash metal dla mas. Dołączam ją jednak do płyt zespołu, które bardziej lubię obok The Burning Red (1999) i The Blackening (2007). Ciekaw byłem, czy znów zajdzie jakiś progres w muzyce Machine Head. Zaczynali nu metalem, zabrnęli do rozbudowanych utworów i tego się trzymają dokładając co rusz coś nowego. Na najnowszej płycie efekt jest taki, jakby dołączyła do zespołu cała Lacrimosa. Oczywiście oprócz Tilo Wolffa, bo wokal pozostaje amerykański. Smyczki dodane, a efektowny kicz pozostał.
3,5/6

Mark Lanegan – Phantom Radio
(?)
Oto najbardziej męcząca płyta roku. Być może przejadł mi się już Lanegan, a być może już „się skończył” lub „się zmienił” i po pięćdziesiątce wypłynął z niego rock’n’roll, pozostawiając... no właśnie, co? Mówi się, że niektórzy dziwaczeją na starość. Zastanawiam się, co rzuciło Lanegana na grunt takiej muzyki – nudnej, z elektronicznymi zabiegami, które miały być prawdopodobnie z zamierzenia "z duchem czasu". Wyszło nieciekawie i monotonnie. Z premedytacją i bez przesady wystawiam najniższą ocenę z wszystkich pozycji. Wiem, że zabrzmi to zachęcająco, ale nawet nie warto posłuchać z ciekawości.
2/6

Mastodon – Once more ‘round the Sun
(progressive metal)
Uszło powietrze z Amerykanów.
Z przyzwoitości nie napiszę jak nazywam zespół tworzący metalowe utwory ze zwrotkami dla mało wymagającej „młododziewczęcej” części publiczności. Oczywiście nie zawsze się tego chwytali muzycy tworząc ten album, bo nadal to ambitna i energetyczna muzyka. Pamiętam jednak, że ich album sprzed 10 lat (Leviathan) zrobił na mnie większe wrażenie.
2,5/6

Primus – Primus & the Chocolate Factory with the Fungi Ensemble
(funk-experimental-rockmetal)
Dobra to płyta, choć trudno ją ugryźć.
Wyjątkowa wśród dyskografii Primusa, ale też powtarzalna w środku. Słychać floydów, słychać walca, a w to wszystko wmieszany jest niepoważny lider Les Claypool. Trzeba dodać, że album jest nowym podejściem do soundtracku do filmu Willy Wonka & the Chocolate Factory, a przy sprzedaży płyt przy okazji koncertów, do albumów dołączano czekoladki marki Primus. Kuszące i dość wciągające, ale wolę poprzedni krążek – Green Naugahyde (2011).
3,5/6

Wolfmother – New Crown
(hard rock)
Oto zespół, którego nigdy nie będę słuchał z przyjemnością, dopóki nie zmienią wokalisty. Głos Andrew Stockdale’a jest nieciekawie wysoki, podczas gdy aż prosi się tutaj o gościa z zadziorem. Muzyka żywa, dynamiczna i oparta na dobrych, choć mało oryginalnych riffach. Jest potencjał, ale (wiem, że niektórzy będą chcieli mnie za to powiesić) z krzyczącym pisklakiem na wokalu wielkiej kariery nie wróżę.
2,5/6

Wussy – Attica!
(Indie rock)
Jeśli nie wykryli ich jeszcze twórcy filmowi, to powinni – użyć płyty Attica! jako ścieżki dźwiękowej do amerykańskiego filmu obyczajowego z górskim plenerem w tle. Łagodna i lekko przemykająca muzyka z żeńskim i męskim wokalem. Niby nic, ale w obliczu irytujących mnie w tym roku wokalistów, to jednak wiele. Wussy nie wysila się, nie męczy i urzeka prostotą. Posłuchajcie Bug.
4/6 (naciągane w obliczu okoliczności)


MUZYKA INSTRUMENTALNA:
The Budos Band – Burnt Offering
(jazz-funk, rock)
Gitary, instrumenty dęte, energia.
The Budos Band. Dobrze, że to muzyka instrumentalna, tylko szkoda, że muzycy nie zdecydowali się, czy chcą pobudzić, czy uspokoić słuchacza. Efektem jest dobry album, lecz bez wyraźnego charakteru. Nieco smutny, ale wciąż prawdziwy. Pewnie na koncertach wypadają znacznie lepiej. Utwór tytułowy na zachętę.
3,5/6
BADBADNOTGOOD – III
(nu jazz, instrumental hip-hop)
Dostałem to, co chciałem, jeśli chodzi o zawartość płyty i dostałem, to co sobie wyobraziłem wcześniej pisząc recenzję tego albumu – na początku 2015 roku zespół wyda płytę wraz z czarnoskórym wokalistą. Jest nim niejaki Ghostface Killah. Może być ciekawie, ponieważ na płycie „III” znajduje się dość ambitna i oryginalna muzyka (co widać w intrygującej nazwie gatunku). Kanadyjczycy ocierają się o przebojowość i przełom w jazzie. Chcą go przełamać hip-hopem i konsekwentnie do tego dążą.
4/6

SOUNDTRACK:
Jozef van Wissem/SQURL – Only Lovers Left Alive
Są takie soundtracki, które mogą istnieć z powodzeniem bez filmu. Taki właśnie jest soundtrack do ostatniego filmu Jarmuscha. W trakcie filmu w tle leci Funnel of Love, Bingo! Pierwsze, co zrobię po zakończeniu seansu, to sprawdzę, czyj to utwór. Tak poznałem Wandę Jackson – żeńskiego Elvisa. I o to chodzi, dodatkowy walor filmu. Chociaż tutaj mamy cover w wykonaniu Madeline Follin. Kolejne znakomite utwory to Our Hearts Condemn Us oraz utwór, bez którego film by nie miał takiej samej mocy – The Taste of Blood.
4,5/6

Trent Reznor and Atticus Ross – Gone Girl
Są też takie soundtracki, które również mogą żyć własnym życiem, jeśli tylko pozwolimy im istnieć nie zwracając na nie szczególnej uwagi. Czyli – jestem sobie, a do mojego życia w tym momencie przypada taka muzyka. Od razu życie nabiera intrygi. Oczywiście wskazane jest tutaj wyjście z muzyką „na uszach” poza ściany domu. Najlepsze jest to, że przecież Reznor mógł użyć swojego bardzo dobrego głosu, ale nie użył i też jest dobrze, bo czuć, że to jego twór.
4/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

        Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019)         Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...