Pearl Jam po ostatnim udanym
albumie Backspacer (2009) wydał
dziesiątą płytę studyjną. Zapomnijmy o grunge’u. Zespół Eddie’go Veddera przyczepiony
do tego stylu z racji pochodzenia, w zasadzie nigdy nie wykazywał brudnego
charakteru, właściwego dla prawdziwych przedstawicieli gatunku. Grzeczniejszy
brat Nirvany, Alice in Chains i Soundgarden, których pierwsze płyty nadają sens
wyżej wspomnianemu gatunkowi, pokazał w tym roku, dlaczego odnosi sukces już
trzecią dekadę.
Eddie Vedder wydał w 2011 roku swój drugi album solowy - Ukulele songs. Wyczyn ten był o wiele mniej udany od nagranego wcześniej Into the Wild (2007). Na Lightning bolt wokalista przemyca nam utwór Sleeping by myself ożywiony prosto z grobowej atmosfery Ukulele songs. Reszta utworów na płycie stoi na różnym poziomie. Nie ma tutaj specjalnie wybijających się tworów, które mogą być zapamiętane na długo. Ponadto siły twórcze nie zostały rozłożone równomiernie. Przymierzając się do nowego materiału nie powinniśmy oczekiwać rewolucji. Trudno nie przepuścić go przez pryzmat wcześniejszych dokonań Pearl Jamu. Dlatego szkoda, że zespół w 1991 roku rozpoczął swoją karierę od świetnego Ten. Przez to kolejne albumy, a także najnowszy, dziesiąty krążek, będą oceniane niżej. Oczywiście jeśli nie zdarzy się cud. Na pewno nie jest nim Lightning bolt.
Albumy Pearl Jamu są skazane na sukces kasowy. Zespół ma Eddiego Veddera, którego głos przyciąga. Jest on nieskażony upływającymi latami i wciąż ma właściwości kojące. Przyjemnie wpada w ucho w drugim singlu promującym album (Sirens) i chwyta za serce w moim faworycie, pt. Pendulum. Pierwszym singlem jest szybki, wręcz punkowy Mind Your Manners. Gitarzysta Mike McCready chciał stworzyć w nim klimat podobny do muzyki Dead Kennedys z punkowej sceny lat osiemdziesiątych. Płyta zawiera też kilka szybkich, rockowych numerów (Getaway, Lightning Bolt), w których Vedder pokazuje, że wciąż potrafi ładnie pokrzyczeć.
Niestety po klimatycznym Pendulum jest coraz gorzej. Melodyjność utworów (w tym wokali Veddera) nie jest już zbyt interesująca (Swallowed Whole, Let The Records Play). Wokalista przebudza się jeszcze w Yellow Moon, ale po chwili kończy płytę nużącą kompozycją swojego autorstwa, pt. Future Days. Być może jest to tylko kwestia nieodpowiedniego ułożenia listy. Muzycy naszpikowali ją od początku najlepszymi nagraniami, a reszta wydaje się być dodana z braku laku.
Lightning bolt jest jednym z nudniejszych albumów Pearl Jamu. Po przesłuchaniu całości pozostaje niesmak i brak chęci powracania do tego krążka. Zespół nie ma się jednak czego obawiać, bowiem markę ma wielce wyrobioną. Fama o średniej jakości albumu nie zdążyła się rozejść wśród fanów. Już w pierwszym tygodniu od premiery sprzedało się w Stanach Zjednoczonych 166 tysięcy kopii, a Lightning Bolt zajęło pierwsze miejsce na liście Billboard 200. Zatem grupa ma rzeszę odbiorców. Pozostaje jej tylko znów skupić się na muzyce.
Eddie Vedder wydał w 2011 roku swój drugi album solowy - Ukulele songs. Wyczyn ten był o wiele mniej udany od nagranego wcześniej Into the Wild (2007). Na Lightning bolt wokalista przemyca nam utwór Sleeping by myself ożywiony prosto z grobowej atmosfery Ukulele songs. Reszta utworów na płycie stoi na różnym poziomie. Nie ma tutaj specjalnie wybijających się tworów, które mogą być zapamiętane na długo. Ponadto siły twórcze nie zostały rozłożone równomiernie. Przymierzając się do nowego materiału nie powinniśmy oczekiwać rewolucji. Trudno nie przepuścić go przez pryzmat wcześniejszych dokonań Pearl Jamu. Dlatego szkoda, że zespół w 1991 roku rozpoczął swoją karierę od świetnego Ten. Przez to kolejne albumy, a także najnowszy, dziesiąty krążek, będą oceniane niżej. Oczywiście jeśli nie zdarzy się cud. Na pewno nie jest nim Lightning bolt.
Albumy Pearl Jamu są skazane na sukces kasowy. Zespół ma Eddiego Veddera, którego głos przyciąga. Jest on nieskażony upływającymi latami i wciąż ma właściwości kojące. Przyjemnie wpada w ucho w drugim singlu promującym album (Sirens) i chwyta za serce w moim faworycie, pt. Pendulum. Pierwszym singlem jest szybki, wręcz punkowy Mind Your Manners. Gitarzysta Mike McCready chciał stworzyć w nim klimat podobny do muzyki Dead Kennedys z punkowej sceny lat osiemdziesiątych. Płyta zawiera też kilka szybkich, rockowych numerów (Getaway, Lightning Bolt), w których Vedder pokazuje, że wciąż potrafi ładnie pokrzyczeć.
Niestety po klimatycznym Pendulum jest coraz gorzej. Melodyjność utworów (w tym wokali Veddera) nie jest już zbyt interesująca (Swallowed Whole, Let The Records Play). Wokalista przebudza się jeszcze w Yellow Moon, ale po chwili kończy płytę nużącą kompozycją swojego autorstwa, pt. Future Days. Być może jest to tylko kwestia nieodpowiedniego ułożenia listy. Muzycy naszpikowali ją od początku najlepszymi nagraniami, a reszta wydaje się być dodana z braku laku.
Lightning bolt jest jednym z nudniejszych albumów Pearl Jamu. Po przesłuchaniu całości pozostaje niesmak i brak chęci powracania do tego krążka. Zespół nie ma się jednak czego obawiać, bowiem markę ma wielce wyrobioną. Fama o średniej jakości albumu nie zdążyła się rozejść wśród fanów. Już w pierwszym tygodniu od premiery sprzedało się w Stanach Zjednoczonych 166 tysięcy kopii, a Lightning Bolt zajęło pierwsze miejsce na liście Billboard 200. Zatem grupa ma rzeszę odbiorców. Pozostaje jej tylko znów skupić się na muzyce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz