Ameryka
już dawno odkryta, ale nadal można się do niej wybierać. Zwłaszcza kiedy świeci
słońce, panują dobre nastroje wśród współtowarzyszy, a kierowca też jest
zadowolony, bo z reguły nie pije nigdy. Nie ma też w związku z tym żalu do
pasażerów. Słońce zachodzi, zaczyna grzmieć, teraz wino smakuje jeszcze lepiej.
Z radia samochodu słychać More Wine Please. Za oknem okolice Route 66 w
stanie Kalifornia.
“Oh my darling friend
some things are better left unsaid”
some things are better left unsaid”
Tak mi się maluje
muzyka More Wine Please. Okładka ich debiutanckiej EPki „Tides”
przypieczętowuje ten obraz, a okazuje się, że muzycy są z Wrocławia... Ale
fajnie – pomyślałem – takie świeże, amerykańskie, umiejętne granie. Może nie ma
tu fali innowacji, ale są „przypływy” pozytywnych emocji. Dużą zaletą są tutaj
fingerpickingowe zagrywki. Obstawiam, że to one najbardziej powodują nośność
utworów.
Unikalnością zespołu
jest obrazowy i sugestywny klimat piosenek. Nie ma sensu rozważać, czy to jest
jeszcze rock, czy już pop. Głos wokalistki jest piękny i wielobarwny. Warto też
posłuchać o czym śpiewa Małgorzata Rabiega.
„Come with me let’s sail into the skies
Keep ourselves away from passing time
Listen to the wind
And harmonise, harmonise”
Keep ourselves away from passing time
Listen to the wind
And harmonise, harmonise”
I jak tu z miejsca ich
nie polubić? Nie chciałbym przesadzać, jeszcze raz przypomina mi to wers „(…)
some things are better left unsaid”, ale wszystkie utwory na „Tides” są
przebojowe i nie ma sensu wskazywać na najlepsze momenty. Przebojowość może
kojarzyć się źle, ale muzyka More Wine Please powinna spodobać się każdemu. I
nie trzeba słuchać jej pokątnie, jako guilty pleasure, bo to przecież, jak już
wspominałem, umiejętne granie (muzycy Joy Division nie chcieliby próbować nagrania
coveru, o nie). Życzyłbym sobie słyszeć muzykę pokroju More Wine Please w
radiu. Ściskam kciuki, żeby wypleniło się wszędobylskie rockopolo i ustąpiło
miejsce takim utalentowanym zespołom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz