Kiedy wyszła płyta This is Your Life: A Tribute to Ronnie James
Dio, kręciłem głową, jak dzieciak przy ohydnym jedzeniu, ale przyjąłem ten
twór, odchorowując potem przy albumach Holy
Diver i Heaven and Hell.
Rekonwalescencja udana. Kiedy przypomnę sobie o wielkim Dio, to włączam wyborne
Live Evil (1982) sabbathów, a nie
szukam coverów granych w jego hołdzie. Kiedy przypomnę sobie o świetnym
gitarzyście, jakim był Randy Rhoads (1956 – 1982), to jest gdy najdzie mnie
przyjemne natręctwo w postaci Crazy Train,
czy Mr. Crowley, to włączam, choć
znam na pamięć. Jak wyszła płyta Immortal
Randy Rhoads – The Ultimate Tribute, pomyślałem, że znowu podają mi gówno
na talerzyku. I znowu z opuszczoną głową zasiadłem do konsumpcji.
Nie należy rozumieć mnie źle, to nie nastawienie czyni moją ocenę tak niską. Jak zobaczyłem, że w tytułowym Crazy Train śpiewa Serj Tankian (SOAD), a na gitarze gra efekciarski Tom Morello (RATM), pomyślałem, że nie może być tak źle, jak to wygląda. Było. Było tak źle, że moje podejście do albumu zakończyło się w trzech czwartych pierwszego utworu. Kilka tygodni (a może miesięcy) później splunąłem w dłonie i podszedłem do Immortal Randy Rhoads – The Ultimate Tribute z zamiarem przejścia całości. Sama nazwa albumu przywodzi raczej na myśl spamującą reklamę, niż hołd. Chyba rozumiem intencje – tych, którzy nie mają pojęcia kim był Randy Rhoads, trzeba douczyć i to jest największa zaleta tego albumu. Jednak patrząc z perspektywy czasu na zawartość płyty, lepiej by było, gdyby zamiast muzyki, twórcy opowiedzieli w kilku zdaniach o tym, jakim utalentowanym gitarzystą był Rhoads.
Nie należy rozumieć mnie źle, to nie nastawienie czyni moją ocenę tak niską. Jak zobaczyłem, że w tytułowym Crazy Train śpiewa Serj Tankian (SOAD), a na gitarze gra efekciarski Tom Morello (RATM), pomyślałem, że nie może być tak źle, jak to wygląda. Było. Było tak źle, że moje podejście do albumu zakończyło się w trzech czwartych pierwszego utworu. Kilka tygodni (a może miesięcy) później splunąłem w dłonie i podszedłem do Immortal Randy Rhoads – The Ultimate Tribute z zamiarem przejścia całości. Sama nazwa albumu przywodzi raczej na myśl spamującą reklamę, niż hołd. Chyba rozumiem intencje – tych, którzy nie mają pojęcia kim był Randy Rhoads, trzeba douczyć i to jest największa zaleta tego albumu. Jednak patrząc z perspektywy czasu na zawartość płyty, lepiej by było, gdyby zamiast muzyki, twórcy opowiedzieli w kilku zdaniach o tym, jakim utalentowanym gitarzystą był Rhoads.
Serji
Tankian w Crazy Train, w roli
Ozzy’ego tylko wpasował się w skalę, a Tom Morello nadał swojej gitarze efekt
muzyczki z pegazusa. W Mr Crowley na
klawiszach zagrał brat Randy’ego – Kelle (zaśpiewał też w Back To The Coast). Tutaj skład zdaje się być odpowiedni, a sam
utwór jest wykonany dość pomysłowo. Dzięki wokaliście grupy Testament i
gitarzyście Children of Bodom poziom utworu i jego energia jest wysoka. Aż w
ośmiu z jedenastu utworów wokalistą jest Timothy „Ripper” Owens, znany z Judas
Priest i Iced Earth. Być może w dużej mierze to przez niego album jest tak
ciężkostrawny, płaski i niechlujny. W takich utworach jak Goodbye to Romance płyty słucha się nieźle. Wynika to niestety
tylko z samej mocy oryginału. Ciężko by było go sknocić, żeby nie mógł podobać się
wcale.
Zapewniam,
że znacznie lepiej posłuchać oryginałów lub choćby krótkiego nagrania, w którym
piętnastoletni Randy Rhoads gra na gitarze. Słuchanie Immortal Randy Rhoads – The
Ultimate Tribute jest katorgą. Skoro płyta już musiała powstać, to może lepiej by było pokusić się o inny skład lub przynajmniej odrobinę inwencji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz