Da
się jeszcze stworzyć riffy, których jeszcze nie było? Da się, posłuchajcie
płyty bostońskiego zespołu Elder, pt. Lore.
W tym momencie najchętniej zakończyłbym recenzję, bo wybitnie odpowiada mi
przytoczyć tutaj zdanie wuja Franka, które mówi, że pisanie o muzyce jest jak
tańczenie o architekturze. Będę tkwił więc jeszcze trochę w tej świadomej
hipokryzji i wychwalę ten stoner-psychodelic-sludge rock-metal.
Niby nic na siłę, ale upchane jest tutaj sporo. Zdaje się, że wokalista Nicholas DiSalvo działał dobrą taktyką – jak mnie coś najdzie, to zaśpiewam – więc wokali jest tutaj dość mało. A jak są, to nie psują całego uroku ciężarnych riffów. Właśnie jedyne zastrzeżenie (sam jeszcze nie jestem przekonany, czy to na pewno minus) mam do słabej słyszalności śpiewanych słów, jakby wokalista nagrywał się gdzieś w przedpokoju studia, z dala od mikrofonu.
Jak dowiedziałem się, że to tylko trójka muzyków tworzy zespół, nie mogłem wyjść z podziwu. Sekcja gitar brzmi tak, jakby je nagrywali natchnieni gitarzyści Baroness. Okazuje się jednak, że to sprawka tego samego cichego śpiewaka, który odpowiedzialny jest za gitary w zespole. Oprócz tego grał na perce i klawiszach. Nie wiem jeszcze, jak wyglądają ich koncerty, ale pewnie niestety nie oddają tego, co słychać na Lore. W zespole jest jeszcze basista Jack Donovan i perkusista Metthew Couto. Jestem oczarowany, jaki oni zrobili tu klimat. Łyknąłem płytę na raz i przez chwilę rozważyłem powtórkę. Sięgnąłem za to po ich poprzednią płytę Dead Roots Stirring (2011) żeby pozostać w tym nastroju i chłonąłem ją mając podobne wrażenia.
Elder jest niepowtarzalny i równy. Obydwie płyty spodobały mi się na tyle, żebym uznał je za moje ulubione stonerowe wydawnictwa. Nie patrzę na poszczególne utwory, wszystko wchłaniam na raz. Lore jest powiewem świeżości i gitarowym dziełem, które zamierzam sobie często dawkować .
Niby nic na siłę, ale upchane jest tutaj sporo. Zdaje się, że wokalista Nicholas DiSalvo działał dobrą taktyką – jak mnie coś najdzie, to zaśpiewam – więc wokali jest tutaj dość mało. A jak są, to nie psują całego uroku ciężarnych riffów. Właśnie jedyne zastrzeżenie (sam jeszcze nie jestem przekonany, czy to na pewno minus) mam do słabej słyszalności śpiewanych słów, jakby wokalista nagrywał się gdzieś w przedpokoju studia, z dala od mikrofonu.
Jak dowiedziałem się, że to tylko trójka muzyków tworzy zespół, nie mogłem wyjść z podziwu. Sekcja gitar brzmi tak, jakby je nagrywali natchnieni gitarzyści Baroness. Okazuje się jednak, że to sprawka tego samego cichego śpiewaka, który odpowiedzialny jest za gitary w zespole. Oprócz tego grał na perce i klawiszach. Nie wiem jeszcze, jak wyglądają ich koncerty, ale pewnie niestety nie oddają tego, co słychać na Lore. W zespole jest jeszcze basista Jack Donovan i perkusista Metthew Couto. Jestem oczarowany, jaki oni zrobili tu klimat. Łyknąłem płytę na raz i przez chwilę rozważyłem powtórkę. Sięgnąłem za to po ich poprzednią płytę Dead Roots Stirring (2011) żeby pozostać w tym nastroju i chłonąłem ją mając podobne wrażenia.
Elder jest niepowtarzalny i równy. Obydwie płyty spodobały mi się na tyle, żebym uznał je za moje ulubione stonerowe wydawnictwa. Nie patrzę na poszczególne utwory, wszystko wchłaniam na raz. Lore jest powiewem świeżości i gitarowym dziełem, które zamierzam sobie często dawkować .
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz