Jakość nowej płyty Danzig była
wątpliwa już po ujawnieniu okładki. Glenn Danzig, już sześćdziesięcioletni
wokalista, urodzony do śpiewania rocka, niegdyś z potężnym głosem, od zawsze
chętnie prezentował swoją muskulaturę. Na okładce Skeletons pokazał już tylko obwisłe cycki.
Pytanie
podstawowe – czy płyta z coverami to „ostatki”, czy też w pełni zasłużone posiłkowanie
się wyłącznie cudzymi utworami na płycie? Skłaniam się ku temu drugiemu. Danzig
nie coverował zbyt wiele w swojej karierze. Lista zapowiedzianych utworów
wróżyła ciekawy album, a Danzig stwierdził, że przekonwertuje wszystko na swój
styl. Po odpaleniu płyty można się jednak zasmucić. Celowy powrót do
starodawnego brzmienia? Raczej nie wygląda to na umyślny zabieg. Nagrania
brzmią wręcz amatorsko! Gitary i perkusja zostały zepchnięte na drugi plan, a
głos Glenna Danziga pływa po powierzchni, niczym zakompleksiona foka, która
dopiero co, w dojrzałym wieku, nauczyła się śpiewać. Szkoda, że Danzig nie wziął
poprawki na próbę czasu. Jego zuchwałe wycie jest już nieprzyjemne dla ucha.
Zdaje
się, że właśnie mija czas na scenie Glenna Allena Anzalone, a tym samym zespołu
Danzig. Wokalista przyznał w jednym z wywiadów, że przed nim jeszcze kilka
koncertów i to wszystko. Prawdopodobnie, jeśli Ozzy na przyszłorocznym
koncercie w Krakowie zaśpiewa N.I.B.,
to w porównaniu do Danziga objawi się nam jako okaz młodzieńczej energii. Jedynym
powiewem młodości w utworze jest tutaj solówka gitarzysty. Tommy Victor zaprezentował
udaną walkę z instrumentem. A co najważniejsze – zachował „danzigową” tradycję
wciskania flażoletu gdzie popadnie.
Przebudzenie
ględzącego starca słychać w Lords of
Thighs (utwór Aerosmith), chociaż to i tak cień Danziga z lat
dziewięćdziesiątych. Nie ma już zadziorności, za to pozostało poprawne
śpiewanie i kłujące ucho zawodzenie. Jedyną nadzieją mogłaby okazać się zmiana
repertuaru lub kontynuacja kariery solowej. Jeśli nie, to zastanówmy się, co
jeszcze może zrobić zespół Danzig. Album z coverami – jest, album z odpadkami z
płyt – jest, album na żywo – jest, album z największymi hitami – jeszcze nie. Nie
będę na niego czekał, do nowej płyty nie będę wracał, za to na pierwsze cztery
albumy na pewno jeszcze najdzie mnie chęć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz