sobota, 5 maja 2018

Coal Chamber - Rivals (2015)


Prawdopodobnie gdybym dziś poznał zespół Coal Chamber, nie zrobiłoby to na mnie żadnego wrażenia. Poznałem ich jednak jako nastolatek i był to jeden z pierwszych zespołów metalowych, jakie przypadły mi do gustu. Nu metal z efektownie śpiewającym i wyglądającym liderem. I z miażdżącymi gitarami. Niedawno była okazja zobaczyć ich w Polsce, co przeszło mi trochę przez palce. A to przez to, że do Katowic mi daleko, a trochę przez to, że Dez Fafara, (ostatnimi laty lider DevilDriver) paradujący na scenie z flagą amerykańską i orłem na ręku, wzbudził na mojej twarzy sardoniczny uśmiech. Trzynaście lat minęło od wydania ich trzeciej i ostatniej płyty Dark Days, więc mimo wszystko z olbrzymią ciekawością zasiadłem do Rivals.

Na okładce seans spirytystyczny „z lotu ptaka”. Albo z żyrandola. Nie ważne, podoba mi się. Po pierwszym przesłuchaniu też podoba mi się. Powrót do brzmienia przy zmianie wytwórni udał się połowicznie. Za to powrót do stylistyki udał się w stu procentach. Pomyślałem nawet, czy te kawałki nie były zrobione lata temu i czy teraz dopiero je odgrzali. Na szczęście nie. Jest szczerze, choć teraz łatwiej mi przyznać, że kiczowo. Po Another Nail in the Coffin i następnym utworze (tytułowym) uznałem, że wszystko siedzi na swoim miejscu. Riffy wciąż są ciężkie i banalne, nie dające chwili wytchnienia, a na polu wokalnym nastąpiła pewna zmiana. Na miejsce wolnych kawałków, śpiewanych niskim, ciepłym głosem, pojawiły się utwory wyśpiewane z manierą podchodzącą niemal pod gatunek NY hardcore. Dziwne to, i być może niekorzystne dla różnorodności płyty, ale przysłużyło się do wywołania uczucia całkowitego zaprzątnięcia głowy słuchacza. Materiał jest wciąż przebojowy, ale ma równocześnie duszną i chwilami być może nieco nużącą atmosferę.

Wyjątkowo trudno mi spojrzeć obiektywnie na płytę Rivals. Coal Chamber zakorzeniło mi się za młodu w żyłach jako coś dobrego. Po dalekich miejscach w tegorocznych rankingach płytowych i po żałośnie niskim sukcesie kasowym w porównaniu do debiutu – Coal Chamber (1997), widzę, że płyta generalnie nie spodobała się. Jak dla mnie wyszła bardzo dobrze i pewnie uwierzyłbym, gdyby ktoś powiedział, że tak naprawdę wyszła ona w rozsądnym odstępie czasu od poprzedniej płyty. Coś mi mówi, że album zadowoli jednak tylko tych, którzy, jak ja, podejdą do niej z sentymentem. We mnie płyta pobudziła ekscytację podobną do tej, kiedy kilkanaście lat temu poznałem Coal Chamber.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

        Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019)         Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...