Prawdopodobnie gdybym dziś poznał
zespół Coal Chamber, nie zrobiłoby to na mnie żadnego wrażenia. Poznałem ich
jednak jako nastolatek i był to jeden z pierwszych zespołów metalowych, jakie
przypadły mi do gustu. Nu metal z
efektownie śpiewającym i wyglądającym liderem. I z miażdżącymi gitarami.
Niedawno była okazja zobaczyć ich w Polsce, co przeszło mi trochę przez palce.
A to przez to, że do Katowic mi daleko, a trochę przez to, że Dez Fafara,
(ostatnimi laty lider DevilDriver) paradujący na scenie z flagą amerykańską i
orłem na ręku, wzbudził na mojej twarzy sardoniczny uśmiech. Trzynaście lat minęło
od wydania ich trzeciej i ostatniej płyty Dark
Days, więc mimo wszystko z olbrzymią ciekawością zasiadłem do Rivals.
Na okładce seans spirytystyczny „z lotu ptaka”. Albo z żyrandola. Nie ważne, podoba mi się. Po pierwszym przesłuchaniu też podoba mi się. Powrót do brzmienia przy zmianie wytwórni udał się połowicznie. Za to powrót do stylistyki udał się w stu procentach. Pomyślałem nawet, czy te kawałki nie były zrobione lata temu i czy teraz dopiero je odgrzali. Na szczęście nie. Jest szczerze, choć teraz łatwiej mi przyznać, że kiczowo. Po Another Nail in the Coffin i następnym utworze (tytułowym) uznałem, że wszystko siedzi na swoim miejscu. Riffy wciąż są ciężkie i banalne, nie dające chwili wytchnienia, a na polu wokalnym nastąpiła pewna zmiana. Na miejsce wolnych kawałków, śpiewanych niskim, ciepłym głosem, pojawiły się utwory wyśpiewane z manierą podchodzącą niemal pod gatunek NY hardcore. Dziwne to, i być może niekorzystne dla różnorodności płyty, ale przysłużyło się do wywołania uczucia całkowitego zaprzątnięcia głowy słuchacza. Materiał jest wciąż przebojowy, ale ma równocześnie duszną i chwilami być może nieco nużącą atmosferę.
Wyjątkowo
trudno mi spojrzeć obiektywnie na płytę Rivals.
Coal Chamber zakorzeniło mi się za młodu w żyłach jako coś dobrego. Po dalekich
miejscach w tegorocznych rankingach płytowych i po żałośnie niskim sukcesie
kasowym w porównaniu do debiutu – Coal
Chamber (1997), widzę, że płyta generalnie nie spodobała się. Jak dla mnie
wyszła bardzo dobrze i pewnie uwierzyłbym, gdyby ktoś powiedział, że tak
naprawdę wyszła ona w rozsądnym odstępie czasu od poprzedniej płyty. Coś mi mówi,
że album zadowoli jednak tylko tych, którzy, jak ja, podejdą do niej z
sentymentem. We mnie płyta pobudziła ekscytację podobną do tej, kiedy
kilkanaście lat temu poznałem Coal Chamber.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz