sobota, 5 maja 2018

Buenos Agres - Tam gdzie nie ma echa (2015)


Dwa lata temu, słuchając debiutanckiej EPki zespołu, zastanawiałem się, jak będzie wyglądał ostateczny kształt Buenos Agres. Wtedy to był mały miszmasz gatunkowy z utworami mającymi predyspozycje do zagnieżdżenia się w radiu. Teraz, przy okazji wydania pierwszej długogrającej płyty „Tam gdzie nie ma echa”, już wiadomo więcej.

Największą radość w słuchaniu płyty Buenos Agres sprawia mi głos wokalistki. Przyjemność dopełnia stosowanie wyłącznie języka polskiego. Na tym niestety kończy się moje zadowolenie z albumu „Tam gdzie nie ma echa”. Zdaje się, że to tylko Anna Mysłajek sprawia, że utwory mogą zapaść w pamięć. Innowacyjność i odwaga leży po jej stronie. Z muzyki, zwłaszcza z gitar, wypływa wielka ckliwość. Zupełnie nie trafiają do mnie takie „chwyty”. Rozumiem, że ta muzyka miała łapać za serce, ale dla mnie jest „a copy of a copy of a copy” i nie trafia w prawie żaden punkt. Trafiłaby pewnie bardziej, gdybym miał słuchać wokalistki a cappella lub z innym zespołem.

Zawiodło mnie to, że poza pamiętnymi utworami z EPki sprzed dwóch lat - Do S. (EKG) i Tu i teraz - teraz nie doszedł prawie żaden utwór (nieźle wypada Szept), który byłby równie dobry. Dziesięć utworów, niemal pięćdziesiąt minut muzyki, w tym intro, outro, dwa mocne punkty znane już tym, którzy słyszeli wcześniej Buenos Agres i pozostaje sześć kawałków, które nie ziębią, ale też niestety nie parzą. Przemijają i nie zostają w pamięci. Podajmy na przykład okraszony teledyskiem utwór Coraz Mniej.

Płyta nazywa się niestety nie nomen omen „Tam gdzie nie ma echa”. Niestety, bo jest tutaj echo – innych zespołów. Zespół Buenos Agres nie zaprezentował niczego odkrywczego. Od siedmioosobowego bandu spodziewałem się bardziej złożonego podejścia. Niestety płyta „Tam gdzie nie ma echa” jest dla mnie smutna w męczący sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

        Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019)         Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...