sobota, 5 maja 2018

Black Sabbath - 13 (2013)


Żyjemy w czasach, w których mamy szczęście odsłuchiwać na żywo echa legendarnych zespołów rockowych i metalowych. Echa dlatego, że czasy świetności legend, o których mowa przypadają na lata 70. Wielkim zaskoczeniem i niespodzianką dla fanów metalu jest z pewnością najnowsza płyta Black Sabbath. Euforię związaną z tym wydarzeniem potęguje fakt, że ostatni studyjny album grupy został wydany osiemnaście lat temu.

                Od samego początku słychać, że krążek ten jest powrotem do korzeni. Pierwsze dźwięki przywodzą bowiem na myśl pierwszy utwór z pierwszej płyty Black Sabbath z 1970 r. Mimo upływających lat muzyków, teksty na płycie sprawiają wrażenie jakby były napisane przez tego samego (uwaga!) Geezera Butlera sprzed 40 lat. Basista odpowiedzialny jest za wszystkie teksty na albumie. Z pewnością zadowolą one wszystkich fanów grupy. Opowiadają o przeciwstawianiu się polityce, materialistycznemu spojrzeniu na świat, czy religii:

Politics, religion,
Love of money too.
It's what the world was built for
But not for me and you.

W utworze Live forever obserwujemy konflikt wewnętrzny autora:

Well I don't wanna live forever
But I don't want to die...
I may be dreaming or whatever
I live inside a lie!

Końcowy wniosek przychodzi dopiero w kolejnym utworze Damaged soul, gdzie ostatecznie górę biorą negatywne odczucia na temat życia:

  
                                           I don't mind dying 'cause I'm already dead.

                Ku uciesze fanów dźwięki gitarze Iommiego i obecności nowego perkusisty Brada Wilka (znanego z Rage against the machine i Audioslave) to nie jedyna korzystna cecha albumu. Utwór Zeitgeist utwierdza nas w przekonaniu, że nowy wytwór sabbathów to próba nawiązania do muzyki pochodzącej z pierwszych nagrań zespołu. Nie sposób znów pokusić się o porównanie. Klimat kawałka i wykorzystane w nim instrumenty przypominają znakomite Planet Caravan z płyty Paranoid.

               Trzonem zespołu jest zdecydowanie Iommi, który pomimo często odgrzewanych riffów utrzymuje dynamiczny charakter płyty. Wielkim plusem są solówki, które wciąż wydają się być odegrane jakby niedbale, co przynosi oczekiwany rezultat. Utwory na 13 stanowią kwintesencję tego, co zespół dokonał w latach siedemdziesiątych. Na basie towarzyszy Iommy’emu niezmiennie Geezer Butler, który wyraźnie zapisuje się na płytach zespołu od pierwszej płyty. Powoduje to, że na najnowszym albumie mamy do czynienia z muzyką, jakiej oczekiwałby każdy fan sabbathów.


                Nie zamierzam jednak mydlić oczu opisując dziewiętnasty studyjny album grupy, jako szczyt możliwości Black Sabbath, biorąc pod uwagę ich bogatą dyskografię. Sięgając po 13 nie powinniśmy spodziewać się żadnych innowacji po muzykach, których wiek stał się już podeszły dobrych kilka lat temu.


                Partie wokalne Osbourne’a, zapewne dzięki dobrej pracy producenckiej, wydają się być bezbłędne. Słyszalną różnicą jest brak „szaleństwa” w głosie, do którego przyzwyczaił nas Ozzy. Prawdopodobnie z tego powodu w trakcie słuchania nowej płyty sabbathów dociera do słuchacza pewien smutek. Smutek ten powoduje wydanie albumu, który może nam uświadomić, że jest to ostatnie tchnienie zespołu. Widać jak ciężko jest pełnić dożywotnio rolę frontmana kapeli metalowej uznawanej za ojców gatunku.


                Całość wypada jednak dobrze. Jest to kawał porządnej muzyki przypominającej, że Black Sabbath to żywa legenda. Pełnej oceny najświeższej działalności zespołu będzie można dokonać po tym, jak wypadnie trasa koncertowa zaplanowana na bieżący rok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

        Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019)         Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...