Generalizując – prog
rock jest dla smutasów. Myślę, że taki Werter, czy wszyscy romantyczni
samobójcy, byliby fanami Camela, Genesis i innych „dziadowskich” już
przeżytków. Jaka muzyka towarzyszyć winna biednemu Faustowi? W ekranizacjach,
czy pod deskami teatru powinien kipieć prog rock. Dobrze nadawałby się do tego
też nowy Anekdoten z płyty "Until All the
Ghosts are Gone".
Płyta została nagrana po ośmiu latach od ostatniej – A Time of Day i można odnieść wrażenie, że brzmi tak, jakby muzycy chcieli powiedzieć – „A niech już będzie, łapcie kotleta w naszym stylu”. Nie ma co dawać się zwieść. To tylko smętne momenty, które są niczym syzyfowy głaz albo przymusowa niezrywalna wstęga, na którą wszystkie zespoły w gatunku są skazane, żeby tylko w nim pozostać. Są tutaj rzeczy, których brakowało Anekdoten. Co powiecie na ten jedyny epicki szlagier, który każdy zakurzony prog rockowy band mieć powinien? Proszę bardzo – Our Days Are Numbered zaserwowany na do widzenia. Piękna sztuka.
Szacunek, jaki sobie zaskarbiła grupa wcześniejszymi dokonaniami, a najbardziej pewnie płytą Gravity (2003), wypłynął tutaj gościnnym udziałem takich muzyków jak: Per Wiberg (były klawiszowiec Opeth), Theo Travis (saksofonista i flecista u Stevena Wilsona i King Crimson) oraz Marty Wilson-Piper (gitarzysta The Church i All About Eve). Szwedami przewodzi niezmiennie Nicklas Barker – wokalista, gitarzysta i melotronista.
Uwielbiam okładki Anekdoten. Tym razem kupili mnie z miejsca. Jest horror, jest niepokój i może trochę kiczu. Muzyka jest melodyjna, rozbudowana, z wysokim i gładkim wokalem i z wszystkimi wybujałymi eskapadami (If It All Comes Down to You). Za drugim przesłuchaniem patrzyłem na okładkę i pomyślałem, że bym chętnie usiadł na tym pustym krzesełku. Patrząc na nie i na siebie, to jednak pewnie strzaskałoby się w drzazgi, zmieniając horror w głupią komedię.
Świat Anekdoten jest jednak wyjątkowy. W stylu, ale mocno charakterystyczny i inny. Emocjonalne wybuchy i zmiany tempa często wywołują poczucie natchnienia i wypełnienia gdzieś w trzonie mostka. To chyba mój ulubiony ich wytwór zaraz po Gravity. Kolejna pozycja dająca mi poczucie, że można jeszcze stworzyć coś nowego w prog rocku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz