sobota, 5 maja 2018

Woodstock 1969 r.


Pierwszy Woodstock zrzeszył mnóstwo zespołów znanych już na początku lat sześćdziesiątych, ale przede wszystkim przyciągnął gigantyczny tłum sympatyków muzyki. Czym był w rzeczywistości pierwszy Woodstock, jaka była na nim muzyka, ile wystąpiło bluesowych zespołów i dlaczego Amerykanie, którzy nie byli na festiwalu, twierdzili, że był to dobry wybór? Wszystkie odpowiedzi na te pytania i inne fakty związane z tym wydarzeniem opisuje poniższy tekst sporządzony na podstawie zapisu audio z festiwalu, wypowiedzi muzyków oraz relacji mieszkańców miasta Bethel i uczestników wydarzenia.
Spodziewano się nie więcej niż pięćdziesiąt tysięcy uczestników festiwalu, a przybyło około pięćset tysięcy. W pewnym momencie, tuż przed występami, tłum sforsował barierki i ogłoszono, że festiwal będzie darmowym wydarzeniem. Masy ludzi i organizatorzy musieli poradzić sobie z niesprzyjającymi warunkami pogodowymi, niedostatecznymi zapasami żywności oraz miejscami noclegowymi. Problemem była też ograniczona ilość sanitariuszy, chociaż wielką pomocą okazała się armia Stanów Zjednoczonych. Kiedy pojawiły się helikoptery wojskowe, część ludzi ujawniło swoją bezmyślność, wyzywając sanitariuszy od świń. Nie było jednak możliwe zapobiec trzem śmiertelnym wypadkom. Jedna osoba zmarła przez zapalenie wyrostka robaczkowego (co akurat nie powinno wskazywać na błąd organizacyjny festiwalu), druga osoba została przejechana przez traktor, ponieważ zasnęła pod nim, a trzecia przedawkowała heroinę. Czy można wyobrazić sobie bardziej bluesowe okoliczności imprezy?
Widownia, zjednoczona hasłami przeciw wojnie w Wietnamie oraz muzyką, nie przejmowała się złymi warunkami pogodowymi. Młodzież manifestowała swoją inność, wolność i jedność z bliźnimi. W ciągu trzech dni (15-17 sierpnia) nie odnotowano aktów przemocy wśród pół miliona ludzi. Najbardziej „brutalne” zachowanie miało miejsce na scenie. Abbie Hoffman, w czasie przerwy w występie The Who, wbiegł na scenę, przejął mikrofon i zaczął przemowę o uwolnieniu Johna Sinclaira z więzienia. Pete Townshend (lider The Who) wszedł na scenę, kazał zejść z niej Hoffmanowi i uderzył go gryfem gitary w głowę. Nic poważnego nie stało się aktywiście.
Zatem kto, oprócz starszych ludzi narzekających na wszędzie rozbijającą się młodzież, nie żałował, że pozostał w domu? Osoby, które wymagały dobrych warunków, a przyjechały trochę później niż wszyscy, narzekały na deszcz, błoto, brak łatwego dostępu do żywności i ledwo widoczną z daleka scenę. W tym czasie optymiści cieszyli się spożywaniem cynamonowych bułeczek w lekkim deszczyku. Wszyscy razem, czyli punkt, który zdaje się miał przewodzić na kolejnych edycjach festiwalu do dziś. Problemem okazały się korki i porzucone samochody na drogach. Podobno niektórzy musieli zatrzymać się w zastygniętym korku i iść 25 kilometrów do Bethel. Mówi się, że przez korki milion osób musiało zrezygnować z festiwalu i wrócić do domu.

Jakie gwiazdy miały wystąpić na Woodstocku?

Podobno Bob Dylan zrezygnował z uczestnictwa z powodu przeszkadzającego mu dużego natłoku hippisów. Jethro Tull, jak dowiedzieli się, że będzie mnóstwo gołych dziewczyn, alkohol, narkotyki i taplanina w błocie, również odmówili, kwitując, że nie lubią hippisów. Patrząc na wizerunek muzyków zespołu, kto by się tego po nich spodziewał? Zespół Led Zeppelin wolał zagrać jako gwiazda wieczoru w New Jersey zamiast grać wśród ponad trzydziestu zespołów. Zappa odmówił z powodu zapowiadanych złych warunków pogodowych i wielkiego błota. The Doors mieli wystąpić, ale pomyśleli, że będzie to gorsza powtórka Monterrey Pop Festival. Podobno później żałowali. Innym podawanym powodem była obawa Morrisona przed koncertami na powietrzu, ponieważ ktoś mógłby go zastrzelić. Za teorią tą przemawiać miała agorafobia Jima. Istnieją trzy teorie, dlaczego nie wystąpili Beatlesi:
– Lennon nie mógł dostać wizy na przyjazd do Stanów z powodu aresztowania za narkotyki;
– Lennon chciał zagrać tylko wtedy, gdy organizatorzy zaproszą Plastic Ono Band;
– obawa przed koncertem, ponieważ zespół nie grał na żywo od trzech lat.
The Rolling Stones nie zagrali, ponieważ Jagger był na planie filmowym w Australii – powstawał film Ned Kelly (1970). Eric Clapton, tuż po rozpadzie zespołu Cream, musiał skoncentrować się na nowym projekcie, Blind Faith, który niestety nie wytrwał zbyt długo.

Czy za darmo?

Choć początkowa cena za uczestnictwo w jednym dniu festiwalu wynosiła sześć dolarów, po pewnym czasie przeforsowano barierki i ogłoszono, że wstęp jest bezpłatny. A co z muzykami? Niezależnie od formatu, każdy zespół miał dostać piętnaście tysięcy dolarów. Nie dotyczyło to Hendrixa. Jimmi zarabiał tego lata sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów za koncert. Tym razem otrzymał dwadzieścia sześć tysięcy dolarów. Nie podpalił, ani nie zniszczył gitary (jak wcześniej na Monterrey Pop Festival), ale zagrał hymn Stanów. Zdarzenie to zostało okrzyknięte kultowym.

Występy piątkowe

Czas skupić się na scenie w Bethel z sierpnia 1969 roku. Przez cztery dni wystąpiły trzydzieści dwa zespoły. W piątek, kilka minut po godzinie 17:00 swój występ rozpoczął Richie Havens. Podobno miał zacząć Tim Hardin, lecz był pod zbyt dużym wpływem środków odurzających. Organizatorzy w związku z tym nie byli w stanie znaleźć zespołu, który byłby gotów rozpocząć festiwal. Poprosili więc Havensa, żeby zagrał dłużej i dzięki temu powstał improwizowany utwór Freedom, który stał się później hitem. W tym czasie pogoda jeszcze dopisywała. Charakterystyczny styl gry na gitarze z umiejętnym, niemal „spazmatycznym” wykorzystaniem prawej ręki, wycisnął z Havensa mnóstwo potu.
Po solowym występie Havensa na scenę wszedł zespół z tragiczną historią – Sweetwater. Żeby lepiej ich poznać, należy posłuchać płyty Sweetwater (1968). Muzykę grupy można określić mianem drugiej wody po Jefferson Airplane. Wokalistka Nancy Nevins cztery miesiące po koncercie została potrącona przez pijanego kierowcę, w wyniku czego straciła głos i kolejne dwie płyty zespołu zostały nagrane bez jej udziału. O godzinie 20:20 grać zaczął Bret Sommer. Dwudziestoletni pieśniarz dał niezbyt porywający pokaz umiejętności. Efekt narkotyków przestał oddziaływać na Tima Hardina i choć w podobnym do poprzednika gatunku, zdołał zagrać o wiele ciekawszy set od poprzednika. Niestety nie została nagrana cała muzyka z festiwalu. W przypadku Tima Hardina zachował się jedynie utwór If I were a Carpenter.
Z pewnością Ravi Shankar był wyjątkowym muzykiem na tle reszty. Indyjski muzyk nie był zachwycony tłumem młodych ludzi zażywających narkotyki, jednak jego występ mocno urozmaicił muzykę festiwalu. Dalekowschodni duch z charakterystycznym brzmieniem sitar uniósł się wraz z deszczem nad sceną Bethel i wypełnił kolejne czterdzieści minut.
O godzinie 23:00 występ zaczęła Melanie, która wcześniej miała problem z ochroniarzami. Musiała zaśpiewać swój utwór Beautiful People, żeby uwierzyli, że to ona… Utalentowana wokalistka i gitarzystka mocno przykuła uwagę zmokniętego tłumu.
Tuż przed północą zaczął grać Arlo Guthrie – syn słynnego piosenkarza folkowego, Woody’ego. Rozpoczynający set Coming into Los Angeles był najbardziej chwytliwym utworem z całego występu, który zdominował nastrój psychodeliczny. Piątkowe występy zamknęła Joan Baez, która była w tym czasie w szóstym miesiącu ciąży. Deszcz przerodził się w burzę. Nie pomagało skandowanie tłumu („no rain, no rain, no rain”), ani kończący dzień utwór We Shall Overcome. Joan Baez zaprezentowała spokojne utwory w akompaniamencie gitar i wokalu wspierającego. Występ nadawał się raczej na niedzielne popołudnie w ciepłym, suchym fotelu.

Występy sobotnie

Pierwszy sobotni koncert o godzinie 12:15 rozpoczął zespół Quill. Idealna pobudka, ponieważ zagrali żwawo i bluesowo, dodatkowo rzucając publiczności instrumenty perkusyjne (w ostatnim utworze Waitin’ for You). Następnie wystąpił Country Joe McDonald, który twierdził później, że występował tuż po rozpoczynającym festiwal Havensie. Mamy tutaj chyba największy protest song festiwalu (I Feel Like I’m Fixin To Die Rag).
Słuchajcie ludzie, czy spodziewacie się, że kiedykolwiek powstrzymacie wojnę, jeśli nawet nie potraficie lepiej zaśpiewać? Jest tutaj około trzysta tysięcy osób. Chcę żebyście zaczęli śpiewać!
O godzinie 14:00 „rozpoczęła się” wielka kariera Santany (od 1969 roku wydał dwadzieścia cztery płyty studyjne). Muzyka ożywiająca – latynoskie fusion z bogatą sekcją rytmiczną – ale pozbawiona utworu, który dałoby się łatwo zanucić. Santana przyznał, że był pod wpływem LSD i czuł, że jego gitara była wężem. Mimo tego występ był składny i udany. John B. Sebastian był „wypełniaczem”. Zagrał pięć spokojnych, przyjemnych utworów i ostrzegł tłum, żeby nie brać całej porcji łatwo dostępnego kwasu, tylko pół. Sam później przyznał, że był pod wpływem marihuany.
Pierwszy występ w Stanach zaliczył brytyjski zespół Keef Hartley Band. Kariery nie zrobili, z resztą podobno sami nie byli zadowoleni ze swojego występu. Oficjalnie zachowany jest jeden utwór z występu grupy (Spanish Fly), a inne dostępne fragmenty były nagrywane przez publiczność. Dość ciekawa, instrumentalna jazz-rockowa muzyka. O godzinie 18:00 wystąpił The Incredible String Band grający psychodeliczny folk-rock. Muzycy w studio używali do dziesięciu różnych instrumentów, musieli więc zredukować ich ilość, jako że zespół liczył cztery osoby. Spłyciło i uprościło to ich brzmienie. Przynajmniej Szkoci wyglądali jak podręcznikowi hippisi.
Zaczęło się ściemniać, na scenę wszedł energiczny bluesrockowy zespół – Canned Heat. Był to jeden z lepszych występów, jakie można było zobaczyć na festiwalu. Trzydzieści minut jammingu (Woodstock Boogie) plus kilka znanych tematów bluesowych. Ciekawą postacią jest gitarzysta Alan Wilson, który śpiewał niczym czarny bluesman (najprawdopodobniej najsłynniejszym utworem grupy jest Going Up the Country). Tragizm losów głównych członków zespołu jest niewiarygodny. Wilson (prawdopodobnie) popełnił samobójstwo w wieku dwudziestu siedmiu lat, a jego ciało zostało znalezione na wzgórzu, nieopodal domu głównego wokalisty zespołu – Boba Hite’a. Z kolei Hite zmarł przez przypadek, w wieku trzydziestu ośmiu lat w przerwie koncertowej, kiedy to jeden z fanów podał mu narkotyk. Hite myślał, że to kokaina i wciągnął ją nosem. Okazało się, że była to heroina. Hite zemdlał, a następnie zmarł.
O godzinie 21:00 rozpoczął się czwarty koncert w karierze zespołu Mountain. Jest to jeden z tych zespołów, których hałaśliwy, przesterowany hard rock, uznaje się za zalążek metalu. Nie często się o nich wspomina, choć to podobna muzyka do zespołu Blue Cheer, który przed latami siedemdziesiątymi również dał początek brudnym, zrodzonym z bluesa dźwiękom. I tak wraz z Black Sabbath wyglądają podwaliny metalu. Set Mountain trwał godzinę. Wciąż jest to bardzo świeża muzyka.
O godzinie 22:30 The Grateful Dead rozpoczęli swój półtoragodzinny występ. Jego długość była spowodowana problemami technicznymi i długimi przerwami między utworami; muzycy byli narażeni na porażenie prądem w kontakcie z instrumentami. Mówi się, że zespół był stworzony do występów na żywo, chociaż tym razem im nie wyszło. Poza tym zagrali utwór Turn On Your Lovelight, który trwał niemal czterdzieści minut, które zdawało się być wieczną katorgą. Rockandrollowa męczarnia. Wybiła północ. Rozpoczął się najlepszy czas na scenie w Bethel.

Występy niedzielne

Mija północ, niedziela 17 lipca, na scenie w Bethel zaraz zaczną grać gwiazdy. Zespół Creedence Clearwater Revival miał znakomity początek kariery pod koniec lat sześćdziesiątych. Debiut z 1968 roku z świetnym coverem Hawkinsa – I Put a Spell on You, pamiętny rok sześćdziesiąty dziewiąty z aż trzema wydanymi płytami i prawie godzinny set na Woodstocku. John Fogerty, lider zespołu z charakterystycznym głosem, w błyskawicznym tempie, po roku od powstania zespołu, stanął na scenie jako muzyk z kilkoma przebojami w dorobku i ugruntowaną pozycją na scenie rockowej. Woodstockowy występ był udany i pobudzający, mimo że była już noc, na co Fogerty później narzekał, ponieważ występ The Grateful Dead przedłużał się i część publiczności poszła spać. Mimo tego Fogerty z zespołem pokazał znakomite umiejętności odgrywając hity z trzech pierwszych płyt zespołu, wieńcząc występ udaną improwizacją.
Słuchanie występu Janis Joplin z Kozmic Blues Band było dla mnie początkowo udręką. Za pierwszym razem nie mogłem znieść Janis i wydawała mi się strasznie uciążliwa. Innym razem wciągnęła mnie i jej zawodzenie nie dokuczało mi już tak dotkliwie. Mówi się, że zabawy wokalnej było mało, że była wcześniej heroina, że pomimo hippisowskiej paplaniny Janis wzięła sporo kasy za występ. W każdym razie da się ją tutaj podziwiać.  
Godzina 3:30 to ożywiający występ Sly and the Family Stone. Prawdopodobnie to największy gatunkowy krok w bok od reszty zespołów – funk oparty na muzyce soul i R&B. Za chwilę zacznie świtać, na scenę wchodzi The Who. To byłby punkt programu, na który czekałbym do tej piątej. Podobno mało kto nie spał już pod sceną, w co ciężko mi uwierzyć. Zespół zagrał dwadzieścia cztery utwory, znane w większości z rock-operowej płyty Tommy z tego samego roku. Jeden z moich faworytów imprezy.
Kiedy można było znaleźć czas na sen w sobotę i niedzielę? Z perspektywy czasu widać, że nie było dobrego momentu. Chociaż od szóstej rano w niedzielę były na to dwie godziny. Szybka pobudka o ósmej, bo na scenie Jefferson Airplaine. Wokalistka Grace Slick jest dla mnie symbolem całej psychodeli lat sześćdziesiątych. Ten głos trafia do mnie i przebija rozmachem Janis Joplin. To rzecz jasna zupełnie inny kaliber, ale nikt nie jest w stanie zmierzyć się ze strzałami typu White Rabbit, czy Somebody To Love. Mistrzostwo świata nie do tknięcia. Idealna mieszanka wokalu żeńskiego z męskim, wielce zachęcająca kobiety w tamtych czasach do śpiewania w zespołach rockowych, o czym świadczą późniejsze zespoły-spadkobiercy i naśladowcy (choćby wspomniane wcześniej Sweetwater).
Nastąpiła dość długa, bo czterogodzinna przerwa i o godzinie 14:00 w niedzielę, półtoragodzinny występ dał Joe Cocker i The Grease Band. Cocker był drugim obok Entwistle’a znakomitym wokalistą występującym tego dnia. Czy istnieje lepszy początek dla frontmana niż wydanie dwóch płyt i występ na Woodstocku w ciągu jednego, pamiętnego sześćdziesiątego dziewiątego roku? Dwudziestopięcioletni Cocker od razu brzmiał, jak stary wyjadacz. Piękny występ – uczucie, dynamika, rock’n’roll (co istotne, bardzo dojrzały, ale nie koniecznie przebojowy – pamiętajmy, że With a Little Help From My Friends to utwór beatlesów, który okazał się hitem Cockera).
Country Joe wystąpił na festiwalu dwa razy, tym razem z zespołem – Country Joe and the Fish. Wśród niedzielnej śmietanki był jak wieśniacki, hippisowski rodzynek. Trzeba jednak przyznać, że to konkretny zespół. Niepotrzebni wielcy nieobecni doorsi – Love Machine brzmi podobnie do Five to One ze sławnego albumu Waiting for the Sun. Blues-rock psychodeliczny na wysokim poziomie.
Ten Years After wprowadzili trochę przestrzeni i taki zespół był tutaj potrzebny. Już wtedy miał miejsce zaczątek wirtuozerii i szaleńczej prędkości Alvina Lee, który po festiwalu został mianowany najszybszym gitarzystą świata. Co ciekawe, zespół jeszcze nagrywa płyty (choć dwukrotnie z piętnastoletnimi przerwami) i nadal koncertuje. Istotnym budulcem ich muzyki są długie solówki gitarowe i perkusyjne. Przez dużą wilgotność gitary rozstrajały się i niestety zespół musiał robić przerwy na strojenie.
The Band brzmi jak nudniejsze Procol Harum, ale to i tak duży komplement za skojarzenie. Najprzyjemniejszym momentem ich występu był utwór The Weight, który znajduje się wśród elitarnego soundtracku do filmu Easy Rider z tego samego roku.
 Johnny Winter to czarny bluesman w białej skórze i w jeszcze bielszych włosach. Piękne były jego solówki. Winter występował do końca życia (zmarł dwa lata temu). Koniec lat sześćdziesiątych i początek lat siedemdziesiątych był dla niego okresem najbardziej owocnym, jeśli chodzi o wydawanie płyt. Występ Johnny’ego w Bethel można uznać za wizytówkę muzyka.
Nazwa Blood, Sweat & Tears kojarzyła mi się zawsze tylko z  zespołem Machine Head. Tutaj dotyczy ona zespołu, który przedstawia nieco staromodne granie. Saksofonista stwierdził, że to najgorszy występ, jaki kiedykolwiek dali, a klawiszowiec uznał, że David Clayton-Thomas nie śpiewał w tonacji.
Następnym zespołem był Crosby, Stills & Nash (and Young), który rozpoczął występ akustycznie, a zakończył setem elektrycznym. Każdy z nich zasłynął mniej lub bardziej z kariery solowej. W pierwszym secie świetną rolę odegrał Stephen Stills (zadziorne zagrywki w Mr Soul), a jednym z większych hitów był utwór Sea of Madness.

Poniedziałkowa wisienka na torcie

O szóstej rano w poniedziałek zaczął męczyć Paul Butterfield Blues Band. Dwa lata wcześniej wystąpili na festiwalu w Monterey, więc organizatorzy powinni wiedzieć, co to za heca i wepchnąć zespół na o wiele wcześniejsze miejsce. W każdym razie był już poniedziałek i widzów było dwa razy mniej. Band złożony z dziesięciu muzyków z wściekłymi trąbkami na froncie to niezbyt miła porcja muzyki na kaca. Jednak trzeba docenić Paula Butterfielda. To bardzo dobry harmonijkarz, co słychać w ich ostatnim utworze Everything’s gonna be alright. Sha na na to satyra na miarę wczesnych dokonań Zappy. Efekt podbija styl, który prezentuje grupa (doo-wop). Dodatkowo na scenie byli tancerze, a więc idealna sprawa na pobudkę. Pół godziny rozruchu i o godzinie ósmej na scenie pojawił się Hendrix zamykając festiwal dwugodzinnym setem. Miał grać w niedzielę wieczorem, ale przez opóźnienia zaczął grać o dziewiątej w poniedziałek, przez co stracił połowę publiczności (było już tylko niemal dwieście tysięcy osób).
Krytycy orzekli, że Hendrix jako headliner nie dostarczył muzycznie tego, czego oczekiwano. Zespół przed występem został przebudowany i zdołał zagrać tylko dwie próby. Najsłynniejszy z występu hymn Star Spangled Banner wykonywany był też na innych koncertach, tutaj wręcz ciężki do zniesienia dopóki nie weźmiemy pod uwagę, że gitara miała imitować strzały, bomby i lecące pociski. Wszystko to było krytyką polityki Stanów i piętnowaniem wojny w Wietnamie. Pamiętną sprawą jest też kontynuowanie utworu Red House mimo pękniętej struny. Występ zawierał najlepsze utwory muzyka, więc nikt nie powinien być rozczarowany.
Obszernym zapisem festiwalu jest film Woodstock z 1970 roku. Warto obejrzeć i poszerzyć swoją wiedzę na temat istoty tego wydarzenia. Blues na pierwszym Woodstocku to nie tylko zespoły, ale przede wszystkim publiczność, która udowodniła, że trudne warunki nie przeszkadzają w cieszeniu się muzyką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

        Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019)         Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...