Budgie to zespół, którego polskiej publiczności
przedstawiać nie trzeba. Pamiętam, jak
wyłowiłem tę walijską perłę za młodu. Wtedy nie doceniłem jej. Dopiero po
utworze Parents zorientowałem się, że
liderem jest wokalista, a nie wokalistka – „When
I was a little boy…”. Z każdym kolejnym podejściem do muzyki Walijczyków
było już tylko lepiej. Wymaga to analizy płyta po płycie.
Istnieją przynajmniej dwa charakterystyczne atuty
zespołu. Pierwszym jest lider John Burke Shelley – wokalista i basista. Wysoki
głos wzbogacony w chrypę, stał się znakiem rozpoznawczym grupy. Drugim atutem
Budgie są zagrywki gitarowe. Ich autorem jest Tony Bourge, który w wyjątkowo
inteligenty sposób używa swojego instrumentu. Można to usłyszeć nie tylko w
zapadających w pamięć riffach, ale przede wszystkim w częstych, przemyślanych solówkach.
Grą Bourge’a zainspirowani
byli znani gitarzyści rockowi, m. in. Jerry Cantrell (Alice in Chains) oraz
Josh Homme (Queens of the Stone Age). Najbardziej twórczy okres Budgie
przypada na lata siedemdziesiąte – Budgie wydało wtedy siedem płyt, a większość
z nich zasługuje na wyróżnienie.
Eponimiczny debiut z 1971 roku, oprócz wcześniej
opisanych zalet, objawił humorystyczne oblicze grupy. Dostrzeżemy je w słynnym
kawałku o gołej spadochroniarce („Nude
Disintegrating Parachutist Woman”). To zdecydowanie moment kulminacyjny
– zmiany tempa, mnogość riffów i zaskakujących pomysłów. Już od początku normą
stały się odskoki od żywiołowego grania na rzecz krótkich i prościutkich ballad
(„Everything in my Heart”, „You and I”).
Właściwie tak grubej kreski pomiędzy balladą a żywiołowym rockiem nie stawiał
nikt. Na szczęście to po prostu działa i nie sposób wytykać niespójności. Kreski
nie usłyszymy, architektury (jak powiedział Frank Zappa) nie zatańczymy, a o
muzyce (jak stwierdził John McLaughlin) nie pogadamy. „Można tylko grać,
cieszyć się nią i słuchać jej”. Pozostałym dziesięciu płytom przyjrzymy się rzecz
jasna na drodze wyjątku.
Drugi album (Squawk) podtrzymał konwencję
debiutu. Żwawe, bazujące na mocnych riffach kompozycje („Rocking man”, „Stranded”) w przekładańcu ze
spokojniejszymi kawałkami („Rolling Home Again”, „Young is a World”) znów zdały egzamin; płyta zyskała statut
złotej, a więc pół miliona sprzedanych egzemplarzy.
Rok 1973 przyniósł najlepszą, w powszechnym
przekonaniu, płytę w dorobku grupy. Never Turn Your Back on a Friend rozpoczyna
„Breadfan”, którego moc skusiła
Metallicę do nagrania coveru w 1988 r. Reszta płyty powinna przypaść do gustu
wielu fanom blues rocka, hard rocka, czy nawet rocka progresywnego. „Baby
please don’t go” nigdy nie brzmiało tak
agresywnie, jak w wykonaniu Budgie. Moje największe uznanie zespół zyskał przez
„You’re The Biggest Thing Since
Powdered Milk”, czyli „Jesteś najlepszą rzeczą od czasów mleka w proszku”
(zespół zdążył wówczas przyzwyczaić publikę do dość dziwnych tytułów) i
epickie „Parents”.
Używam tego słowa z wielką ostrożnością, bowiem często bywa ono nadużywane. Tutaj
jednak usłyszymy, że „epicki” znajduje odpowiednie zastosowanie do wymienionych
utworów.
Płyta In for the Kill (1974) to
wciąż wysokie loty papużki (ang. budgie). Pete Boot zastąpił na perkusji
Raya Phillipsa, który pokłócił się z Shelleyem i nie wrócił do nagrywania z
zespołem. Jednym z bardziej efektownych utworów na płycie jest „Hammer and Tongs” z
fenomenalnymi zagrywkami gitarowymi, przypominającymi „Dazed And Confused” Led
Zeppelin. Klimat kompozycji stopniowo zmienia się w bluesowe szaleństwo
solówkowe na najprostszym schemacie. Kolejne porównania wywołuje „Wondering
What Everyone Knows” osadzone w podobnej sferze co „Planet Caravan” Black
Sabbath. Powyższe porównania wypadają na niekorzyść Budgie z uwagi na
rozbudowanie kompozycji. Grupa przez większy okres działalności funkcjonowała
jako trio, a więc mnogość riffów i solowych wycieczek gitarzystów zasługuje na
szczególne uznanie.
Bandolier (1975) to ostatni album Budgie w wytwórni MCA Records i pierwszy z udziałem kolejnego perkusisty – Steve’a Williamsa. Muzyk zapisał swój udział w zespole za „garnkami” na wszystkich pozostałych płytach. Największy wkład w tworzenie utworów, jak przyznał perkusista, mieli Shelley i Bourge. Nic w tym zaskakującego – korespondencja basu z gitarą na Bandolier wypada znakomicie, jak nigdy wcześniej, czy to w otwierającym, mocnym „Breaking All The House Rules”, funkowym „Who Do You Want for Your Love?”, czy galopującym „Napoleon Bona – Part 1&2”. Ze względu na różnorodność oraz polot wszystkich kompozycji, Bandolier spokojnie można podawać jako przystawkę do poznania zespołu.
W szóstym studyjnym albumie If I Were
Brittania I’d Waive the Rules (1976) grupa postawiła, zgodnie ze
zbliżającym się trendem lat osiemdziesiątych, na hard rocka. Głos Shelley’a w
refrenie „Anne Neggen” łudząco
podobny jest do Michaela Jacksona, a „Quacktor
and Bureaucats” tanecznie uzupełnia wizję nadchodzących czasów. Shelley
czerpie przy tym zaśpiew od słynnego Howlin Wolfa (niemal wiernie skopiowany ze
„Spoonful”). Całość zamyka pulsujący „Black
Velvet Stallion” z porwaną solówką.
Ostatnią płytą, na której zapisał swój udział
gitarzysta Tony Bourge jest Impeckable (1978). Tym razem poziom okazał
się wciąż równy, ale wyraźnie niższy. O latach świetności przypomina „Love For
You And Me”, dość ciekawa inwencja wypływa z dziwacznego, choć tanecznego riffu
„Dish It Up”, a reszta przemija radośnie i bezpłciowo. Wszystko to już było, z
większym pazurem i głębią, więc łezka może zakręcić się w oku przy balladzie
„Don’t Go Away”. Odejście Bourge’a z zespołu u kresu lat siedemdziesiątych
zabiło charakter grupy. Budgie wydało jeszcze cztery płyty studyjne, które były
dalekie od osiągnięcia poziomu poprzednich.
Na wiośle w drugim okresie twórczości Budgie,
przypadającym na początek lat osiemdziesiątych, grał John Thomas. Power Suply (1978), jeśli chodzi o
gitarowe granie wypada szybko i ostro. W porównaniu do dźwięków, które z gitary
wydobywał Bourge, zagrywki Thomasa wypadają jak codzienne techniczne wprawki
szkoleniowe. Budgie zostało pozbawione pięknych melodii. Na tle hardrockowych
płyt wydanych w latach osiemdziesiątych Power
Suply wypada blado. Jedynym przeciwieństwem powyższych zarzutów jest nie
pasujące do reszty, wspaniałe „Time to Remember” – utwór z duszą, subtelną
solówką i instrumentalnymi ozdobnikami.
John Thomas miewał przebłyski geniuszu. Potrafił
stworzyć we współpracy z Shelleyem niezapomniane hity – na Nightflight (1981) piorunujący kopniak w postaci otwierającego
album „I Turned to Stone” i następującego po nim „Keeping a Rendezvous”. Co
więcej, słychać pieczołowitość włożoną w każdy numer. Zmiana kierunku grupy wyszła
na jaw dopiero teraz. Widać to już po zapoznaniu się z okładką rodem z
niskobudżetowego filmu fantasy (fani cięższego grania zawsze dostrzegą w tym
urok) i czasem trwania utworów (mniej więcej po trzy minuty).
Na przedostatnim studyjnym krążku muzyka grupy
brzmiała niepoważnie, jeśli odniesiemy ją do jakiejkolwiek płyty zespołu z lat
siedemdziesiątych. Na Deliver Us From
Evil (1982) pełno jest żwawych, zupełnie niecharakterystycznych zagrywek i kosmicznych
klawiszy brzmiących wprost nieambitnie, niczym dźwięki z gry wideo dla dzieci.
Na ostatnią płytę You’re All Living In Cuckooland (2006) trzeba było czekać
dwadzieścia cztery lata. Zespół zdołał skompresować swój cały dorobek, mamy tu
więc obraz grupy nie podlegającej wpływom muzycznym. Budgie w latach
siedemdziesiątych samodzielnie wyznaczało stylistykę idąc ramię w ramię z
tuzami hard rocka. Budgie lat osiemdziesiątych podporządkowało się do estetyki
panującej na rockowej scenie i wyszło na tym niekorzystnie. Zaś Budgie XXI
wieku patrzy jedynie na swoją twórczość. Maluje sobie i fanom laurkę złożoną z
patentów, które niegdyś wymyślili. Co istotne, przebojowość, która nie
wychodziła zbyt dobrze na trzech poprzednich płytach, tutaj zdaje egzamin (Compressing the Comb from a Cockerel’s Head),
a czas nawet wzbogacił niespełna sześćdziesięcioletniego Shelleya o korzystną
chrypę.
Grupa zawsze chętnie odwiedzała Polskę, gdzie
zyskała ogromne uznanie. Pod koniec 2010 roku zespół miał kolejny raz wystąpić
w Polsce, lecz zdiagnozowano u Shelley’a tętniaka. Od tamtej pory, po operacji
wokalista ma problem, aby grać i śpiewać jednocześnie przez dłuższy czas. Z
tego powodu działalność grupy została ostrożnie zawieszona. Nie jest zatem
jeszcze przesądzone, że nie zobaczymy legendarnych Walijczyków na scenie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz