poniedziałek, 7 maja 2018

Phil Collins - Wielki powrót?


Phil Collins wraca do gry. Słynny wokalista i perkusista Genesis powinien być poważany przez wszystkich. Nie ma, że boli, nie ma, że się nie podoba. Wkraczamy na pole nietykalnej świętości, na straży której stoi Patrick Bateman (bohater American Psycho).

Collins skończył udaną przygodę w Genesis i wyszedł z krążkiem Face Value (1981), żeby ujawnić, co mu w duszy gra. A gra mu czule i emocjonalnie, choć bardziej popowo. Tylko pop ten należy uznawać za muzykę połączoną jedną gałęzią z rockiem. Tyle że zamiast epickich, poetyckich dłużyzn okraszonych płaczącymi gitarami, mamy piosenki – krótkie, lecz rozmaite. Jest trans (Droned), są wyciskacze łez (mocny start w In The Air Tonight), jest słońce (Hand In Hand), o którym często przypomina radosna sekcja dęta, ale przede wszystkim jest mrok (If Leaving Me Is Easy). Face Value odzwierciedla uczucia, które towarzyszyły muzykowi po rozstaniu z pierwszą żoną (If leaving me is easy, Going back is harder…). Collins przypomina też, że zawsze mogą nadejść radosne chwile (Tomorrow Never Knows). 

W drugim albumie Hello I Must Be Going (1982) muzyk szybko daje znać, że wyszedł z pogrążenia obronną ręką – znów wielkie otwarcie płyty (I Don’t Care Anymore). Autor wypracował sobie styl dobrego, przejmującego  utworu już w Genesis (Mama) i tutaj powiela ten klimat w Do You Know, Do You Care? W tej odsłonie uczuć Collinsa mamy jasne przesłanie – nie ma co się przejmować, szczęście i miłość prędzej, czy później do nas trafią –  You Can’t Hurry Love to jeden z bardziej znanych utworów z początku kariery solowej muzyka, choć to cover The Supremes. Saksofon Dona Myricka przenosi słuchacza swoją ponętnością w nastrój filmów romantycznych lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. W porównaniu do debiutu Hello I Must Be Going wypada dość blado, ale nie jest tak dużą odskocznią jak No Jacket Required (1985)


Collins zawsze dobrze zaczyna. No Jacket Required jest ulubionym albumem Patricka Batemana, a Sussudio to jego faworyt z solowej dyskografii muzyka. W tekście można dojrzeć poczynania „amerykańskiego psychola” i aż dziw bierze, że kawałek ten nie znalazł się w soundtracku do filmu.
Collins ciągle eksponował na okładkach płyt swoją twarz. Można posądzić go o egocentryzm. Można też zarzucić granie bardziej komercyjne (Only You Know And I Know z powodzeniem mogłoby być akompaniamentem do transmisji skoków narciarskich obok słynnego Jump – Van Halen). Panie Collins, sam Pan sobie winien ogłaszając w tytule płyty, że nie są wymagane marynarki. Gdyby były marynarki, to i krawaty by się znalazły. A jak wiadomo – „Klient w krawacie jest mniej awanturujący się”. Stąd moja awantura. Bardziej przekonująco wypada depresyjna odsłona Collinsa. Collins bez bluesa w sercu to Collins dla mas. Dlatego krążek ten jest tak popularny. 

W tanecznym rytmie disco (Don’t Lose My Number) omijam No Jackets Required, kiedy mówię o najlepszych solowych dokonaniach Collinsa. To barbarzyństwo i zdrada rocka. Gatunkowym wyjątkiem i śladem pierwszych dwóch płyt jest znakomite w formie i treści Long Long Way To Go, które spokojnie można stawiać na równi z późniejszym Another Day In Paradise. Muzyczna próba naprawiania świata poczyniona w dobrym stylu.

…But Seriously (1989) zdaje się być adekwatną odpowiedzią na moje zarzuty do poprzedniej płyty. Co się nie zmieniło, to twarz na okładce (choć zamiast en fas widzimy ją z lekkiego profilu) i konkretny utwór otwierający płytę (Hang In Long Enough). Nowym mankamentem jest wprowadzenie pieśni o charakterze kończącym płytę (wlekące się już na drugiej pozycji That’s Just the Way It Is) i topornego utworu miłosnego (I wish It Would Rain Down). Największym hitem jest tutaj Another Day In Paradise, poruszający problem bezdomności. Utwór przypieczętował sukces płyty, ale był też ostatnią piosenką Collinsa, która osiągnęła pierwszą pozycję na liście Billboardu.
Piąty album Both Sides (1993) Collins stworzył samodzielnie, w zaciszu domowego studia. Oznacza to, że muzyk odpowiedzialny jest w pełni za instrumenty i produkcję. Niedawno Collins uznał tę płytę za swoją ulubioną, będącą wynikiem wielkiego przypływu weny. Jest to niezwykle szczery, spokojny i przez to dobrze przyswajalny produkt. Należy jednak na niego uważać, bowiem melancholijny soft rock to nie muzyka na każdą okazję. Tym bardziej, że w mrocznej odsłonie Collinsa, cała przyjemność polega na obcowaniu z tekstem i przykładaniu go sobie do serca. W ten sposób, mając Collinsa na otwartej dłoni łatwo go naprawdę polubić.

Radosny Collins, to mało atrakcyjny Collins. Kiedy słucham Dance Into The Light (1996), budzą się we mnie najgorsze ludzkie przywary. Nie o to chodzi, że wścieka mnie jego szczęście, ale w wersji pogodnej Phil Collins niezbyt często porusza moją wrażliwość muzyczną. Znajduję jej poruszenie podczas słuchania Just Another Story i Oughta Know By Now. Utwory te płyną jednostajnie, choć obok kategorii wyznaczonej przez płytę. Wolniej, acz ze smakiem. 

Długo trzeba było czekać na siódmy album, ponieważ dopiero w 2002 roku pojawiło się Testify. Zdaje się, że przerwa nie podziałała na korzyść muzyka, gdyż płyta okazała się fiaskiem na wielu płaszczyznach. Collins powrócił do łask automatu perkusyjnego, z którego zrezygnował na poprzedniej płycie. Nie trzeba wspominać, że album rozpoczyna się bardzo przyciągająco (Wake Up Call). Collins nagrał, według siebie, „jedną z najbardziej bezpośrednich i osobistych piosenek miłosnych w swoim życiu”. Chodzi tu o utwór tytułowy. Obok This Love This Heart to najjaśniejszy fragment płyty, którego inspiracją była ówczesna żona Collinsa – Orianne. Najsłynniejszym elementem jest zaś Can’t Stop Loving You – cover utworu country, w który Collins tchnął nowe życie. W zasadzie płyta przenika przez uszy niczym piasek wydmowy przez palce, acz uważać trzeba by nie pominąć powyższych skarbów. 

Pomimo złej sławy Testify, trasa koncertowa First Final Farewell Tour cieszyła się popularnością. Muzyk ogłosił wówczas, że Testify to ostatni album studyjny w jego karierze. Mimo tego nagrał w 2010 roku Going back zawierające covery utworów w stylu Motown i soul. Młody Phil na okładce ósmego studyjnego albumu gra na perkusji. Starszy Phil, przed nagrywaniem płyty przeszedł operację, po której miał już nie powrócić na stołek perkusisty. Okazało się jednak, że zdołał zapisać swoje partie perkusyjne na płycie. Muzyka na ostatnim krążku Collinsa jest bardzo rozrywkowa, choć tym razem nie należy jej za to przekreślać. Początek zwiastuje już tradycyjnie arcydzieło - Girl (Why You Wanna Make Me Blue). Całość broni się również. Różnorodność płyty i jej dobry styl należycie absorbuje. Sprawia też, że decyzja o włączeniu jej do obiadu jest nienajlepszym wyborem. Aż chce się wyciszyć wszelkie dźwięki otoczenia, żeby obcować wyłącznie z muzyką, ewentualnie ze swoją randką na doczepkę.


Niedawno ukazała się autobiografia Collinsa zatytułowana „Jeszcze nie umarłem”.
Muzyk zaanonsował powrót do nagrywania i koncertów. Stwierdził, że chce, aby jego dorastające dzieci mogły zobaczyć, co tata potrafi robić najlepiej. Zaplanowana trasa pokazała, że powrót na scenę to niezbyt dobry pomysł na wskrzeszenie muzycznej kariery – głos Collinsa nie jest już tak efektowny, a zdrowie nie pozwala na jakąkolwiek dynamikę podczas występów na żywo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

        Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019)         Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...