Phil Collins wraca do gry. Słynny
wokalista i perkusista Genesis powinien być poważany przez wszystkich. Nie ma,
że boli, nie ma, że się nie podoba. Wkraczamy na pole nietykalnej świętości, na
straży której stoi Patrick Bateman (bohater American
Psycho).
Collins
skończył udaną przygodę w Genesis i wyszedł z krążkiem Face Value (1981), żeby
ujawnić, co mu w duszy gra. A gra mu czule i emocjonalnie, choć bardziej
popowo. Tylko pop ten należy uznawać za muzykę połączoną jedną gałęzią z
rockiem. Tyle że zamiast epickich, poetyckich dłużyzn okraszonych płaczącymi
gitarami, mamy piosenki – krótkie, lecz rozmaite. Jest trans (Droned), są wyciskacze łez (mocny start
w In The Air Tonight), jest słońce (Hand In Hand), o którym często
przypomina radosna sekcja dęta, ale przede wszystkim jest mrok (If Leaving Me Is Easy). Face Value odzwierciedla uczucia, które
towarzyszyły muzykowi po rozstaniu z pierwszą żoną (If leaving me is easy, Going back is harder…). Collins przypomina
też, że zawsze mogą nadejść radosne chwile (Tomorrow
Never Knows).
W
drugim albumie Hello I Must Be Going (1982) muzyk szybko daje znać, że
wyszedł z pogrążenia obronną ręką – znów wielkie otwarcie płyty (I Don’t Care Anymore). Autor wypracował
sobie styl dobrego, przejmującego utworu
już w Genesis (Mama) i tutaj powiela
ten klimat w Do You Know, Do You Care? W
tej odsłonie uczuć Collinsa mamy jasne przesłanie – nie ma co się przejmować,
szczęście i miłość prędzej, czy później do nas trafią – You
Can’t Hurry Love to jeden z bardziej znanych utworów z początku kariery
solowej muzyka, choć to cover The Supremes. Saksofon Dona Myricka przenosi
słuchacza swoją ponętnością w nastrój filmów romantycznych lat osiemdziesiątych
i dziewięćdziesiątych. W porównaniu do debiutu Hello I Must Be Going wypada
dość blado, ale nie jest tak dużą odskocznią jak No Jacket Required (1985).
Collins
zawsze dobrze zaczyna. No Jacket Required jest ulubionym albumem Patricka
Batemana, a Sussudio to jego faworyt
z solowej dyskografii muzyka. W tekście można dojrzeć poczynania
„amerykańskiego psychola” i aż dziw bierze, że kawałek ten nie znalazł się w
soundtracku do filmu.
Collins
ciągle eksponował na okładkach płyt swoją twarz. Można posądzić go o
egocentryzm. Można też zarzucić granie bardziej komercyjne (Only You Know And I Know z powodzeniem
mogłoby być akompaniamentem do transmisji skoków narciarskich obok słynnego Jump – Van Halen). Panie Collins, sam
Pan sobie winien ogłaszając w tytule płyty, że nie są wymagane marynarki. Gdyby
były marynarki, to i krawaty by się znalazły. A jak wiadomo – „Klient w
krawacie jest mniej awanturujący się”. Stąd moja awantura. Bardziej
przekonująco wypada depresyjna odsłona Collinsa. Collins bez bluesa w sercu to
Collins dla mas. Dlatego krążek ten jest tak popularny.
W
tanecznym rytmie disco (Don’t Lose My
Number) omijam No Jackets Required,
kiedy mówię o najlepszych solowych dokonaniach Collinsa. To barbarzyństwo i
zdrada rocka. Gatunkowym wyjątkiem i śladem pierwszych dwóch płyt jest
znakomite w formie i treści Long Long Way
To Go, które spokojnie można stawiać na równi z późniejszym Another Day In Paradise. Muzyczna próba
naprawiania świata poczyniona w dobrym stylu.
…But
Seriously (1989) zdaje się być adekwatną odpowiedzią na
moje zarzuty do poprzedniej płyty. Co się nie zmieniło, to twarz na okładce
(choć zamiast en fas widzimy ją z lekkiego profilu) i konkretny utwór
otwierający płytę (Hang In Long Enough).
Nowym mankamentem jest wprowadzenie pieśni o charakterze kończącym płytę
(wlekące się już na drugiej pozycji That’s
Just the Way It Is) i topornego utworu miłosnego (I wish It Would Rain Down). Największym hitem jest tutaj Another Day In Paradise, poruszający
problem bezdomności. Utwór przypieczętował sukces płyty, ale był też ostatnią
piosenką Collinsa, która osiągnęła pierwszą pozycję na liście Billboardu.
Piąty
album Both Sides (1993) Collins stworzył samodzielnie, w zaciszu
domowego studia. Oznacza to, że muzyk odpowiedzialny jest w pełni za
instrumenty i produkcję. Niedawno Collins uznał tę płytę za swoją ulubioną,
będącą wynikiem wielkiego przypływu weny. Jest to niezwykle szczery, spokojny i
przez to dobrze przyswajalny produkt. Należy jednak na niego uważać, bowiem
melancholijny soft rock to nie muzyka na każdą okazję. Tym bardziej, że w
mrocznej odsłonie Collinsa, cała przyjemność polega na obcowaniu z tekstem i
przykładaniu go sobie do serca. W ten sposób, mając Collinsa na otwartej dłoni
łatwo go naprawdę polubić.
Radosny
Collins, to mało atrakcyjny Collins. Kiedy słucham Dance Into The Light (1996),
budzą się we mnie najgorsze ludzkie przywary. Nie o to chodzi, że wścieka mnie
jego szczęście, ale w wersji pogodnej Phil Collins niezbyt często porusza moją
wrażliwość muzyczną. Znajduję jej poruszenie podczas słuchania Just Another Story i Oughta Know By Now. Utwory te płyną
jednostajnie, choć obok kategorii wyznaczonej przez płytę. Wolniej, acz ze
smakiem.
Długo
trzeba było czekać na siódmy album, ponieważ dopiero w 2002 roku pojawiło się Testify.
Zdaje się, że przerwa nie podziałała na korzyść muzyka, gdyż płyta okazała się
fiaskiem na wielu płaszczyznach. Collins powrócił do łask automatu
perkusyjnego, z którego zrezygnował na poprzedniej płycie. Nie trzeba
wspominać, że album rozpoczyna się bardzo przyciągająco (Wake Up Call). Collins nagrał, według siebie, „jedną z najbardziej
bezpośrednich i osobistych piosenek miłosnych w swoim życiu”. Chodzi tu o utwór
tytułowy. Obok This Love This Heart to
najjaśniejszy fragment płyty, którego inspiracją była ówczesna żona Collinsa –
Orianne. Najsłynniejszym elementem jest zaś Can’t
Stop Loving You – cover utworu country, w który Collins tchnął nowe życie. W
zasadzie płyta przenika przez uszy niczym piasek wydmowy przez palce, acz
uważać trzeba by nie pominąć powyższych skarbów.
Pomimo
złej sławy Testify, trasa koncertowa First Final Farewell Tour cieszyła się
popularnością. Muzyk ogłosił wówczas, że Testify
to ostatni album studyjny w jego karierze. Mimo tego nagrał w 2010 roku Going
back zawierające covery utworów w stylu Motown i soul. Młody Phil na
okładce ósmego studyjnego albumu gra na perkusji. Starszy Phil, przed
nagrywaniem płyty przeszedł operację, po której miał już nie powrócić na stołek
perkusisty. Okazało się jednak, że zdołał zapisać swoje partie perkusyjne na
płycie. Muzyka na ostatnim krążku Collinsa jest bardzo rozrywkowa, choć tym
razem nie należy jej za to przekreślać. Początek zwiastuje już tradycyjnie
arcydzieło - Girl (Why You Wanna Make Me
Blue). Całość broni się również. Różnorodność płyty i jej dobry styl należycie
absorbuje. Sprawia też, że decyzja o włączeniu jej do obiadu jest nienajlepszym
wyborem. Aż chce się wyciszyć wszelkie dźwięki otoczenia, żeby obcować
wyłącznie z muzyką, ewentualnie ze swoją randką na doczepkę.
Niedawno
ukazała się autobiografia Collinsa zatytułowana „Jeszcze nie umarłem”.
Muzyk zaanonsował powrót do nagrywania i koncertów. Stwierdził, że chce, aby jego dorastające dzieci mogły zobaczyć, co tata potrafi robić najlepiej. Zaplanowana trasa pokazała, że powrót na scenę to niezbyt dobry pomysł na wskrzeszenie muzycznej kariery – głos Collinsa nie jest już tak efektowny, a zdrowie nie pozwala na jakąkolwiek dynamikę podczas występów na żywo.
Muzyk zaanonsował powrót do nagrywania i koncertów. Stwierdził, że chce, aby jego dorastające dzieci mogły zobaczyć, co tata potrafi robić najlepiej. Zaplanowana trasa pokazała, że powrót na scenę to niezbyt dobry pomysł na wskrzeszenie muzycznej kariery – głos Collinsa nie jest już tak efektowny, a zdrowie nie pozwala na jakąkolwiek dynamikę podczas występów na żywo.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz