sobota, 21 września 2019

Bjork - Unplugged (1994)


Jest w głosie Bjork pewna maniera, która przypomina o sąsiadce, która śpiewa zza ściany mieszkania. Jej numer domofonu powinien być najczęściej wybierany przez ulotkowiczów. Wtedy to powinni zejść się na klatce! Najlepiej gremialnie! Żeby w końcu przestała miałczeć! Żeby przez ustawiczne brzęczenie domofonu nie zdołała nawet zacząć! A jeśli już zacznie, to niech ją dzwonienie o zawał przyprawi! Dlatego, by nie ulec błędnemu wrażeniu poznawczemu, że to próby zmanierowanej nastolatki, trzeba przesłuchać i przyjrzeć się pani z Islandii z bliska. Wtedy można określić rozmiar mozliwości jej głosu i talentu. A na dokładkę najlepiej do repertuaru albumów dodać rolę w świetnym dramacie Larsa von Triera – Tańcząc w ciemnościach (2000). 

W 1994 roku, ciekawym w kontekście rozwoju rocka alternatywnego, wokalistka nagrała dla stacji MTV koncert „Unplugged”, który promował album Debut (1993). Za efektowny teledysk do Human Behaviour (1993 r.) autorka otrzymała sześć nominacji do MTV Video Music Awards. Utwór rozpoczyna płytę, ale również koncert unplugged. Bjork zademonstrowała precyzyjne zastosowanie głosu jako instrumentu – na krótkiej przestrzeni czasu da się słyszeć krętą drogę od szeptu do chrypliwego, acz zadziwiająco melodyjnego wrzasku wchodzącego w rejestry ledwo odbieralne przez ludzkie ucho. Ginger Baker (perkusista grupy Cream) powiedział kiedyś, że na ich próbach istnieją dźwięki, których ludzkie ucho nie jest już w stanie wychwycić ze względu na poziom głośności. Warto w to uwierzyć, zwłaszcza, że wtedy psuje się słuch. Załóżmy więc, że słuchanie głosu Bjork, przynajmniej w przypadku płyty MTV Unplugged, powinno działać na uszy kojąco. 


Na oko zaś, wówczas niespełna trzydziestoletnia wokalistka, wypadła zadziwiająco; w żółtej, letniej sukience uosabiała młodą przedszkolankę wyrwaną z letniego pikniku. Jednak trzeba przyjrzeć się jej z bliska, wtedy piknik nie okaże się być dla dzieci. Makijaż wyraźny, gesty ponętne, a piknikowe kubeczki wymienione zostały na wypełnione szampanem kieliszki, na których grał klawiszowiec, swobodnie wodząc palcami wokół szczytu ich czaszy. No jakiś piknik by to był. Ale najlepiej odnaleźliby się na nim fani nowoczesnej, etniczno-jazzowej muzyki z pop-rockowym podszyciem. 

Bjork usypia i hipnotyzuje („One Day”, „Like Someone in Love”), przypadkowo godnie koresponduje z refrenowym persyflarzem zawartym w „Do You Love Me” Nicka Cave’a („Do You Love me? Like I love You?”) i w “Come to Me” odpowiada:
“(…) don't make me say it
It would burst the bubble
Break the charm”.

 

Przedostatnia kompozycja „The Anchor Song” inkrustowana została niemal żałobnym zawodzeniem sekcji dętej, której akompaniuje piękny głos rzutujący feerię emocji na twarz wokalistki. Koncert doskonale wieńczy „Violantly happy”, które jest spektakularnym połączeniem transowego odjazdu ze schizofreniczną atmosferą rodem z filmu grozy.

           Bogactwo instrumentalne koncertu, ale też nowoczesność i eksperymentalność mogą stanowić wielką ucztę dla wytrawnych słuchaczy. Jednak mrok, który kryje się za pozornie słoneczną Bjork i niechwytliwe odjazdy na koncercie unplugged mogą wywołać zniecierpliwienie i tęsknotę za czymś lżejszym. Za czymś, co mogłaby zaproponować animatorka z wizerunkiem Bjork, ale w świecie widzianym i słyszanym w pozytywnych barwach.

Mateusz Nowakowski

poniedziałek, 25 lutego 2019

Charles Bukowski. Wspomnienia Scarlet - premiera 12 marca

Już niedługo premiera "Wspomnień Scarlet", a tymczasem, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Replika, podaję fragment książki:

"Zaczęło się to wszystko pod wpływem chwili. Skończyło się tak samo. Pomiędzy tymi chwilami spędziłam z Charlesem Bukowskim prawie dwa lata. W swej twórczości czasem mnie adorował, czasem ganił. Wywyższał mnie jako swoją muzę i brakujący fragment siebie. Zainspirowałam całe tomy prozy i poezji, peanów na moją cześć, na cześć Scarlet. Potem oskarżał mnie o nieszczerość i oziębłość. Zakochał się we mnie do obłędu i do obłędu go doprowadziłam.

Był 10 listopada 1975 roku; przepiękny, jesienny wieczór w Los Angeles. Większość tego wieczoru spędziłam, włócząc się po barach z przyjaciółką, Georgią. Były to jej trzydzieste drugie urodziny, a ona chciała je uczcić na klasyczną modłę Bukowskiego: zaliczając każdy bar w Hollywood. Dwie krnąbrne, roztańczone, czarujące dziewczyny z niepełnym wykształceniem, imprezujące z meliniarzami, poczynając od melin po wschodniej stronie miasta, a kończąc po 
zachodniej.

Poszukiwanie przyjemności było jedną z niewielu rzeczy, w których byłam naprawdę dobra. W wieku dwudziestu trzech lat harowałam jako podrzędna kelnerka, bez szczególnych widoków na znalezienie lepszego sposobu na utrzymanie. Byłam samotną matką z sześcioletnią córką na utrzymaniu, znalezienie czasu i pieniędzy na uzupełnienie wykształcenia nie wchodziło w grę. Podobnie jak wielu w tamtych czasach, byłam zagubiona, żyłam z dnia na dzień, ale nigdy nie traciłam nadziei, że czeka na mnie coś ekscytującego. Nie wiedziałam, co to jest ani gdzie tego szukać, ale wiedziałam, że istnieje.

Ale dopóki tego nie znalazłam, albo to nie znalazło mnie, miałam zamiar kontynuować moją codzienną pogoń za natychmiastowym spełnieniem. Do diabła z tym całym planem na pięć lat, byłam zbyt zajęta życiem chwilą. Nie brałam ani siebie, ani życia szczególnie na serio i generalnie łatwo było mnie zadowolić. Po swojej stronie miałam młodość i atrakcyjny wygląd. Dopóki miałam pełną paczkę papierosów, dobrą muzykę do słuchania oraz butelkę taniego szampana, dzień zaliczałam do udanych.

Tak jak u Alicji z Krainy Czarów, moja impulsywna, awanturnicza natura często sprowadzała mnie na kręte ścieżki, przez co czasami gubiłam drogę.
Tego wieczoru ów głód włóczęgi miał zaprowadzić mnie na trasę wzdłuż ulicy o nazwie Carlton Way. Skręciłam tam w lewo i spotkałam Charlesa Bukowskiego – a moje życie odmieniło się.

Byłyśmy z Georgią już u ostatniej stacji naszej podróży – w huczącym od rock’n’rolla klubie pod nazwą Barney’s Beanery w Zachodnim Hollywood. Georgia uparła się, by tam pójść, ponieważ niegdyś przesiadywała tam jej idolka, Janis Joplin. Wedle legendy Janis właśnie tam spędziła swój ostatni wieczór, kiedy umarła pięć lat wcześniej.

Siedziałyśmy przy barze i zbliżała się pora zamknięcia. Wypiłam więcej niż parę stingerów, podczas gdy Georgia, idąc w ślady Janis, upijała się southern comfortem. Kiedy czekałyśmy na następną kolejkę, zaczęła głośno bełkotać coś o swym najnowszym bohaterze – pisarzu, niejakim Charlesie Bukowskim. Przy każdym kieliszku whiskey wznosiła toast za „laureata Poetyckiej Nagrody Śmietnikowej”.
– Bukowski to, kurwa, największy z żyjących pisarzy – krzyczała do każdego, kto chciał słuchać, czyli wyłącznie do mnie. – Za Bukowskiego! – powiedziała, po czym odchyliła głowę do tyłu i wlała sobie zawartość kieliszka do gardła.
– Czy to nie jest aby ten gość, który pisze ten cykl we „Freep”, Zapiski starego świntucha? – zapytałam.
– Tak, to on. Mówię ci, Pam, ten facet to pieprzony geniusz.
Nie licząc jego cotygodniowej kolumny w „Los Angeles Free Press”, nie wiedziałam właściwie nic o Bukowskim, jego twórczości ani rosnącej literackiej reputacji. Przeczytałam parę z tych kolumn i nie byłam pod wielkim wrażeniem. Jego styl wydawał się prostacki i wulgarny, pełen ostentacyjnego brudu, obliczony na wywołanie szoku. Nie byłam pruderyjna – podobały mi się sprośne, bezkompromisowe utwory Henry’ego Millera i Huberta Selby’ego Juniora. Ale w kontekście tej odrobiny twórczości Bukowskiego, jaką poznałam, trudno mi było zrozumieć tak gigantyczny entuzjazm przyjaciółki.
– No nie wiem, George… To, co on pisze, wydaje się takie prostackie, prymitywne – spróbowałam, gdy barman podawał następną kolejkę.
– Och, proooszę, Święta Abdelo – powiedziała, przeszywając mnie spojrzeniem zielonych, kocich oczu. – Zwyczajnie nie rozumiesz. Gość pisze wszystko: prozę, poezję… Jest, kurwa, niesamowity. Przeczytaj którąś z jego książek.

Choć byłam młoda i nie całkiem jeszcze wykształcona, kochałam czytać i polegałam na rekomendacjach starszych, bardziej intelektualnych znajomych. Georgia była jedną z moich bardziej ekscentrycznych przyjaciółek, ale zarazem jedną z najbardziej oczytanych osób, które znałam. Uznałam, że wiem zbyt mało o jego twórczości, by polemizować. Stwierdziłam, że skoro ona go lubi, gość musi być dobry.
– Bukowski jest nieuchwytny. Jego rzeczy są tak surowe, tak prawdziwe… I do tego jest kurewsko zabawny. Uwielbiam tego sukinsyna! – powiedziała, z każdą kolejką podnosząc głos.
– Musisz mi pożyczyć którąś z jego książek.
– Kuuurde, za każdym razem, jak sobie jakąś kupię, jakiś skurwiel mi ją podpierdala.
Nie budziło to zdziwienia, bowiem hollywoodzki dom Georgii był magnesem na dziwaków i barwnych przedstawicieli bohemy, którzy żywcem urwali się z filmu Andy’ego Warhola. Na jej chacie ciągle toczyła się jakaś szalona impreza, przeważnie z użyciem alkoholu i narkotyków. Czasami Georgia dodawała do tej mieszanki stroboskopowe światła albo generator dymu. Kradzież książki Bukowskiego byłaby jednym z pomniejszych ekscesów, jakie przydarzyły się pod jej dachem.
– Mówiąc szczerze, George, trudno mi zrozumieć twoje zaaferowanie tym całym Bukowskim. Chyba będę musiała przeczytać którąś z jego książek, to, co czytałam w prasie, zwyczajnie mi nie podchodzi – powiedziałam, osuszając szkło.
– Słuchaj… Przeczytaj jakąś jego książkę, a potem powiedz mi, czy nie jest najzajebistszym pisarzem. Nie ma drugiego takiego jak on. – Wlała w siebie następny kieliszek, po czym powiedziała: – Chciałabym poznać tego skurwysyna.
W mojej głowie zaświtał pomysł, i jeśli jest coś takiego jak przeznaczenie, to było właśnie to. Wiedziałam, że nie mogę wskrzesić Janis, ale mogłam zrobić coś prawie równie dobrego.
– Chodźmy – powiedziałam, zeskakując ze stołka.
Kręciło mi się trochę w głowie, nie mogłam sobie przypomnieć, ile kolejek wypiłam. Sięgnęłam do torebki Georgii i szperałam w niej, aż znalazłam dexi. Wrzuciłam go do ust i połknęłam.
Georgia była chodzącą apteką. Póki się przyjaźniłyśmy, nigdy mi nie mogło zabraknąć. Panował wówczas inny klimat – za modne uznawane było eksperymentowanie z różnymi psychotropami. Ale moim faworytem była amfetamina. Nałóg zaczął się niewinnie. Chciałam tylko zrzucić parę kilo. Ale, choć straciłam na wadze, nadal brałam pigułki. Uwielbiałam, jaka po nich czułam się nieustraszona, jak wszystko zdawało się być pod kontrolą. Uznałam, że mogę rzucić, kiedy tylko zechcę – nie było żadnego syndromu odstawienia, którym można by się przejmować, co najwyżej prześpię parę dni – prawda?
Głowa Georgii pochylała się coraz niżej i niżej nad barem. Szarpnęłam ją za ramię.
– Zbudź się, George, pora ruszać.
– Nawet jeszcze nie zamykają – wymamrotała.
Obejrzałam się na gościa za mną i zerknęłam na jego zegarek. Była prawie druga. Odwróciłam się z powrotem do Georgii, ale koleś od zegarka miał inny pomysł. Włożył dłonie w tylne kieszenie moich dżinsów i przyciągnął mnie ku sobie.
– Jak masz na imię, piękna? – wyszeptał mi do ucha, po czym wysunął dłonie z moich kieszeni i przeczesał mi włosy. – Nie mogę się oprzeć rudowłosym – powiedział.
– A ja z kolei nie mogę się oprzeć dżentelmenom – powiedziałam. Po czym spojrzałam mu w oczy i dodałam: – Daj mi znać, jak jakiegoś zobaczysz.
Zmrużył oczy, zastanawiając się, czy powinien się obrazić. Ale potem obejrzał mnie od stóp do głów i uśmiechnął się. Nie mógł się oprzeć magii rudych włosów, nawet po tym, jak mu ubliżyłam.
Nie uważałam się za klasyczną piękność, ale z biegiem lat przyzwyczaiłam się do efektu, jaki wywierałam na mężczyznach. Może to te długie, ogniste włosy. Może to moja filigranowa figura o wymiarach 96-60-90. Ludzie często mówili mi, że wyglądam jak skrzyżowanie Ann-Margret i Susan Sarandon. Był to jakiś wrodzony, potężny seksapil, który potrafił mnie wpędzić w wiele kłopotów – i z wielu kłopotów mnie wyratować.
Kiedy odwróciłam się do Georgii, jej głowa spoczywała już na barze. Do tej pory wypiła już jakąś połowę southern comfortu, więc nie byłam zaskoczona, że odpłynęła. Ale ja miałam misję do wykonania. Miałam zamiar podarować jej noc, której nigdy nie zapomni.
– Proszę, George, zbudź się – powiedziałam, potrząsając ją za ramię. – Dam ci najlepszy prezent urodzinowy w życiu.
Otwarła oczy, ale nie podniosła głowy z baru.
– Wezmę twarz bogini i cycki do kompletu – wybełkotała.

Georgia miała obsesję na punkcie swego wyglądu. Chciała być piękna i szczupła. Niedawno zrzuciła ponad pięćdziesiąt kilo, więc osiągnęła połowiczny sukces. Ale nie była atrakcyjną kobietą. Jej twarz była długa, prawie końska, a jej rysy zdawały się przesadzone. Miała wydatny nos z zadartą końcówką, jak narta, zwieńczony parą wielkich nozdrzy. Jej usta były nieprzeciętnie szerokie, podkreślone głębokimi zmarszczkami od śmiechu. Choć miała dopiero trzydzieści dwa lata, zaczynała okazywać oznaki starzenia się – zapewne od gwałtownej straty wagi i folgowania narkotykom. Nie, żeby jej wygląd, czy raczej jego brak, przeszkadzał jej w przyciąganiu uwagi mężczyzn. Miała te piękne, zielone oczy i długie, jedwabiste, kruczoczarne włosy. Mężczyźni kochali jej osobowość nie z tej planety, bystry intelekt i kocie usposobienie. Była koneserką męskiego rodu i jedynie najatrakcyjniejsi z nich byli jej godni – i niemal zawsze dostawała to, czego chciała.
– No chooodź, George, nie żartuję! – powiedziałam. – Umrzesz, jak zobaczysz, co zrobię!
– Słuchaj no, Bubbles McGee, czy jak tam nazywał cię ten twój chłopak. Wszyscy kiedyś umrzemy. Nikt nie wyjdzie stąd żywy – mruknęła.
– Cupcakes O’Brien – poprawiłam ją. – A teraz chodźmy!
Jakoś udało mi się wyciągnąć Georgię z baru i doprowadzić do budki telefonicznej koło parkingu. Oparłam ją o budkę i sięgnęłam do kieszeni dżinsów, by wydobyć dziesięciocentówkę.
– Jeśli dzwonisz po Billa [imię nieprawdziwe], daj sobie spokój – powiedziała Georgia, odnosząc się do chłopaka, który z nią mieszkał. – Powiedziałam mu, że nie wrócimy przed świtem.
Wrzuciłam monetę do aparatu, położyłam palec na zerze i zakręciłam tarczą.
– Jak się pisze Bukowski? – zapytałam Georgii, wystawiając głowę z budki.
– Jeśli dzwonisz do biblioteki – powiedziała – to jest, kurwa, zamknięta.
– Po prostu mi przeliteruj – odparłam.
– Pisze się tak, jak się wymawia – powiedziała, po czym oderwała się od budki i polazła w stronę baru, by wysępić papierosa od jakiegoś atrakcyjnego faceta, który go opuszczał.
Nie pamiętałam nawet, jak się wymawia „Bukowski”, a co dopiero pisze. BU-kowski? BOO-kowski? BUCK-
-owski?
Kiedy w końcu odebrała operatorka, powiedziałam:
– Poproszę numer do Charlesa Bukowskiego, Los Angeles.
Nie zapytała mnie, jak to się pisze ani pod jakim adresem mieszka. Od razu wyterkotała numer telefonu.
– Mogłaby pani powtórzyć? – poprosiłam, szperając po torebce w poszukiwaniu czegoś do pisania. Znalazłam ołówek do brwi Maybeline i naskrobałam numer na lewej dłoni.
Gdy odwiesiłam słuchawkę, pobiegłam do Georgii, wciąż zajętej podrywaniem swej młodej ofiary.
– Mam! – zapiszczałam, machając dłonią przed jej twarzą.
Zmrużyła oczy, wpatrując się przez chwilę w numer i z trudem trzymając pion. Po czym odwróciła się do młodego i powiedziała:
– Wybacz na sekundę, kotku. – Po czym znowu do mnie: – Jeśli dzwonisz do AA, to mnie w to nie mieszaj.
– To numer Bukowskiego – powiedziałam, prowadząc ją z powrotem do budki. Oparłam ją znów o ścianę, wrzuciłam dziesięciocentówkę do szczeliny i wykręciłam numer z mojej dłoni.
– Halo? – wyszeptał męski głos z drugiej strony linii.
– Halooo – powiedziałam, starając się brzmieć seksownie. – Czy to Charles Bukowski?
– Taa – odparł, jakby pytanie go znudziło.
– Och, cześć… Mmm… Moja przyjaciółka ma dziś urodziny i jest twoją wielką fanką. Jesteśmy przy Barney’s Beanery i zastanawiałyśmy się, czy może mogłybyśmy wpaść do ciebie, żeby się poznać?
– Dobra – powiedział tym samym znudzonym tonem. – Dawajcie.
– Och… dobrze – powiedziałam, nie pomyślawszy, że to będzie takie proste. – Jaki masz adres?
– Jestem przy Carlton Way 5437. To pomiędzy Hollywood a Bulwarem, w bok od Zachodniej Alei. Przedni dom z prawej.
Zapisałam adres obok jego numeru.
– Znajdziemy – powiedziałam, zerkając na Georgię, która ześliznęła się po ścianie budki.
– Przynieście sześciopak – rzekł, po czym dodał: – Och, już po drugiej – odnosząc się do zakazu sprzedaży alkoholu w Los Angeles po tej godzinie.
– Zdziwiłbyś się, co potrafi zdziałać para cycków – powiedziałam.
– Niespecjalnie – odparł.
Odwiesiwszy słuchawkę, obejrzałam się na Georgię, która siedziała już na chodniku. Twarz miała rozciągniętą w głupim uśmiechu, a jej zielone oczy lśniły. Podniosła na mnie wzrok. Jej usta były otwarte.
– I załatwione! Poznamy twojego kochasia! – zakrzyknęłam, podając jej dłoń.
– Załatwione jak chuj – odparła sarkastycznie, otrzepując swoją mini. Po czym zrobiła pauzę i powiedziała: – Robisz mnie w ciula? Lepiej, żeby to nie była ściema, Pam.
– Nie ściemniam. Sama słyszałaś, jak z nim rozmawiam.
Potoczyłyśmy się bulwarem Santa Monica, by odnaleźć moje czerwone camaro z 1967 roku. Georgia na swoich wielkich koturnach, a ja na szpilkach.
– Jak brzmiał? – spytała Georgia.
– Ma dziwny głos… miękki… prawie kobiecy. Brzmi trochę jak ten bohater z kreskówek, Snagglepuss, tylko w depresji. Nie mogę uwierzyć, że o tej porze jeszcze nie śpi.
– A kto śpi?
Gdy wędrowałyśmy wzdłuż ulicy, Georgia zaczęła śpiewać na nutę hitu Janis Joplin Mercedes Benz.
– O Panie, pomóż znaleźć mi, moje camarooo! Moja kumpela to świrka z rudą fryzurooo!
Tak naprawdę to było camaro mojej matki. W wieku dwudziestu trzech lat wciąż nie miałam własnego samochodu, ani nawet prawa jazdy. Matka pozwalała mi brać wóz, kiedy tylko potrzebowałam. Myślę, że się cieszyła, mając mnie z głowy – a może podświadomie liczyła, że zginę w wypadku, wybawiając ją z całego tego piekła, które sprawiałam jej przez ciągłe poszukiwania nowych podniet. Wciąż się kłóciłyśmy i nigdy nie zmarnowała okazji, by mi powiedzieć, jak bardzo się na mnie zawiodła. Ale trudno mi ją winić. Choć pracowałam i miałam własne mieszkanie, każdy powód był dla mnie dobry do nowej nocnej awantury. Kiedy nie potrzebowałam jej dla samochodu, do niańczenia dziecka, ciągłego pożyczania pieniędzy albo, czasami, dla kąta do spania, nie chciałam mieć z nią nic do czynienia. Dziś została z moją sześcioletnią córką, Stacey. Urodziłam ją, kiedy miałam szesnaście lat. Wiedziałam, że powinnam być w domu i się nią zajmować, ale moje pragnienie ucieczki było silniejsze od poczucia winy. Miałam zbyt wiele obowiązków, kiedy byłam młodsza, więc teraz desperacko poszukiwałam tych straconych lat.
Georgia wbiła mi łokieć pod żebro.
– Hej, Lucy, tam jest ta czerwona gablota!
– Dobra robota, Ethel!
Wskoczyłyśmy do wozu, podkręciłyśmy radio i podjechałyśmy do całodobowego safewaya przy Bulwarze Zachodzącego Słońca. Georgia czekała w wozie, żebym bez przeszkód mogła użyć swej magii rudych włosów dla pozyskania sześciopaku po dozwolonej godzinie.
Zrobiłam, co mogłam, by oczarować sprzedawcę, błyskając uśmiechem i pozwalając mu złapać parę ujęć moich 96D. Miałam na sobie swój typowy strój menelki z wyższych sfer – obcisłe dżinsy, wysokie obcasy, głęboko wycięty top i schludną, tweedową kurteczkę z łatami na łokciach. Choć oczy sprzedawcy mówiły „tak”, jego głowa kręciła się na „nie”.
– Nie mogę – powiedział.
– Och, proszę – zamruczałam swym najlepszym kocim głosem.
Potrząsnęłam rudą grzywą i spojrzałam mu w oczy. Był młodym dzieciakiem, może jeszcze przed dwudziestką, widziałam jego rozterkę. Chciał być fajnym gościem i pomóc uroczej dziewczynie, ale coś mu nie pozwalało.
– Chciałbym – powiedział, i wiedziałam, że nie kłamie. – Ale po prostu nie mogę.
– No daj spokój… proszę – zamiauczałam, pochylając się w jego stronę.
– No… dobra – wyszeptał – ale nie mogę teraz, bo mój szef stoi zaraz za nami. Kończę za godzinę. Spotkajmy się przed wejściem, na parkingu. Wyniosę piwa pod kurtką. Co ty na to?
– Nie, to nie wyjdzie. Naprawdę potrzebuję na zaraz – powiedziałam, wydymając usta.
– Dobra, zrobimy tak… Spotkajmy się w dziale z nabiałem za pięć minut…
Wtedy jego szef krzyknął:
– Steven, możesz tu podejść na sekundę?
– Jasne, panie Phillips. Już idę.
Zadanie robiło się zbyt skomplikowane. Postanowiłam dać sobie spokój z biednym chłopakiem i wróciłam z pustymi rękami.
Kiedy dotarłam do wozu, Georgia drzemała. Dźgnęłam ją w żebra, a ona podskoczyła do pionu, rozglądając się wielkimi oczami.
– Już dojechałyśmy? – zapytała.
Ruszyłam, rozpędzając się, wzdłuż Bulwaru Zachodzącego Słońca. Z radia rwało Rhiannon zespołu Fleetwood
Mac. Georgia zawodziła razem z nim, zupełnie mieszając słowa i zagłuszając melodyjne tony Stevie Nicks. Jej głowa toczyła się w tył i w przód, w lewo i w prawo, jak u lalki, gdy gnałyśmy ulicą. Zastanawiałam się, czy zażyła więcej tabletek, kiedy byłam w sklepie.
Kiedy pięć lat wcześniej poznałam Georgię, miała gigantyczną nadwagę i wyglądała jak zaniedbana kura domowa z przedmieścia. Eksperymentowała już z narkotykami, ale tylko rekreacyjnie. Zapaliła sobie marihuany, wypiła parę drinków i od czasu do czasu wzięła jakiś barbiturat albo dwa.
Nie miałam od niej żadnych wieści, odkąd trzy lata wcześniej wyjechała z Los Angeles do swojego rodzinnego Bradford w Pensylwanii – skąd też pochodzili moja matka i ojciec. Więc kiedy weszła do restauracji, gdzie pracowałam, by mnie zaskoczyć, nie poznałam jej. Zmieniła się diametralnie, odkąd widziałam ją po raz ostatni. Ale wciąż miała ten swój nonszalancki, nieskrępowany styl i sardoniczny humor, które mnie zawsze strasznie bawiły.
Ale teraz, jak podejrzewałam, dojrzała już do twardych narkotyków. Nie wiedziałam, jak często używała heroiny, ale byłam pewna, że przekroczyła już granicę tego niebezpiecznego terytorium. Uznałam, że im mniej wiem, tym lepiej. Pod wieloma względami byłyśmy kompletnymi przeciwieństwami, w tym odnośnie preferencji w odmienianiu stanów świadomości; ja lubiłam być pobudzona i mieć wszystko pod kontrolą, a ona wolała się znieczulać.
Pędziłyśmy teraz niemal pustymi ulicami. Ale gdy dotarłam do Zachodniej Alei, ruch zrobił się gęstszy – pod każdym względem. Znalazłyśmy się w sercu dzielnicy czerwonych latarni. Samochody pełzły wzdłuż parady dziwek, męskich i żeńskich, dobijano targu, ludzie wskakiwali do wozów albo z nich wyskakiwali.
Na Western skręciłam w lewo i przejechałam kilka przecznic w stronę Bulwaru Hollywoodzkiego. Sex shopy, kluby ze striptizem i salony masażu reklamowały swoje towary szyldami obramowanymi jasnymi, migającymi żarówkami. Wahadło moralności dotarło do drugiego ekstremum, w porównaniu z represją lat pięćdziesiątych. Granice cenzury rozciągano do samego limitu.
Gdy zbliżyłyśmy się do Bulwaru Hollywoodzkiego, pojęłam, że musiałam minąć ulicę Bukowskiego. Zawróciłam na środku Zachodniej Alei i znów pojechałam w stronę Bulwaru Zachodzącego Słońca. Georgia masakrowała teraz słowa piosenki Eaglesów, Lyin’ Eyes, co pogłębiało moją frustrację.
– Może dał ci fałszywy adres – powiedziała Georgia.
– Nikt nie daje ci fałszywego adresu, kiedy zamawia sześciopak.
Georgia majstrowała teraz przy czarnych nylonach, które marszczyły się jej na kolanach. Odkąd tak bardzo straciła na wadze, nie mogła znaleźć niczego, co by na nią pasowało. Po latach noszenia ciążówek i elastycznych gaci wreszcie zaczęła się stroić. Tyle że nie wiedziała, co jest modne, więc stworzyła własną modę. Uznała, że modna kobieta ubiera się jak ulicznica – miniówki, siatkowe pończochy (na pasku), ultra skąpe bluzeczki i koturny. Czasami dodawała do tego boa z piór albo kabaretową opaskę na szyję, bo tak robiła Janis.
Georgia miała później zdobyć pewną popularność, gdy została sfotografowana z Charlesem Bukowskim na tle jego lodówki. Na tym sławnym zdjęciu wygląda jak narąbana prostytutka. I tak też mniej więcej wyglądała tej nocy.
Gdy tak jechałyśmy na południe Zachodnią Aleją zaczęłam się zastanawiać, czy Georgia czasem nie miała racji co do tego fałszywego adresu. Miałam wrażenie, jakbyśmy jeździły w kółko.
– Gdzie my, do diabła, jesteśmy? – narzekała Georgia.
– Cholera, to musi być gdzieś tutaj. Znajdziemy tego twojego geniusza, choćby miało to zająć całą noc!

I wtedy, jak na zawołanie, dostrzegłam znak z nazwą Carlton Way. Skręciłam w lewo i znalazłam miejsce do zaparkowania dokładnie naprzeciw kompleksu, gdzie mieszkał Bukowski.
Georgia poprawiła pończochy i wytoczyła się z wozu. Przeczesałam dłońmi włosy i wyprostowałam grzbiet, szykując się na spotkanie z wielkim pisarzem."



czwartek, 27 grudnia 2018

Miles Davis - Autobiografia


„Możemy zrozumieć się nawzajem; lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam” – stwierdził Hermann Hesse. Prosta to sprawa i działa w pełni w przypadku autobiografii Milesa Davisa. Quincy Troupe spisał opowieści słynnego muzyka bez upiększeń, wiernie zachowując styl jego wypowiedzi. 

Tak powstał obraz człowieka dbającego o ludzi, którzy doprowadzili go do sukcesu - „Mnóstwo wiedziałem na temat muzyki dzięki temu, że się obracałem w środowisku niezłych skurwieli (…)”. Davis rozmienił się na drobne i śmiało opisał wyczyny swoich kolegów po fachu – (o Coltrane’ie) „Grał w ubraniu, które wyglądało, jakby w nim spał od kilku nocy, całe pogniecione, brudne i w ogóle. Albo stał na scenie i jeżeli się nie kiwał – grzebał w nosie i czasami coś tam zjadał”. Nie zapomniał też o innym słynnym jazzmanie – „Charlie Mingus to był taki kawał skurwiela, co nikomu nie dał sobie w srakę dmuchać”. W tym całym festiwalu koleżeńskich superlatyw, Davis wplata kilka skromnych słów o sobie – „Byłem ekstra ubrany i soliłem w kompanii wielkich muzyków w Sali Apollo. Poza tym byłem na haju i miałem dostać całkiem porządną kasę, więc czego jeszcze poczciwy czarnuch może chcieć od życia?”

Ciekawie robi się, kiedy muzyk (nie chciał, żeby nazywać go jazzmanem) wyjaśnia przyczyny rozstania z członkami swojego zespołu – „Po naszym powrocie do Nowego Jorku w marcu 1957 roku gówno już absolutnie wpadło w wentylator, więc musiałem wylać znów Trane’a, wywaliłem też Philly Joe”. Dużo miejsca poświęcił też na sprawy rodzinne – „Po ostatniej kłótni, kiedy cisnąłem butelką piwa przez pokój i powiedziałem, że kolacja ma być gotowa, jak wrócę, wyprowadziła się najpierw do przyjaciół, a potem pojechała do Kalifornii i zamieszkała u Nancy Wilson i jej męża. Nie wiedziałem, gdzie się podziewa, do czasu, aż gazety napisały, że się spotyka z Marlonem Brando”.

Zdaje się, że Quincy Troupe, spisując wypowiedzi Davisa, a następnie Filip Łobodziński, tłumacząc na nowo autobiografię Davisa (pierwszy przekład wydano w 1990 roku), skutecznie oddał znaczenie słów Davisa mówiącego językiem tonalnym. I tak „skurwiel” może być przecinkiem, wyrazem uznania lub zwyczajną dezaprobatą. Czytając więc o losach słynnych jazzmanów nie mamy wątpliwości, że „niesamowity skurwiel” to komplement wysokiego lotu, a „oślizły zasraniec” jest kimś, kto „starał się Birda wychujać”. 


Autobiografia Milesa Davisa wzbudza wiele negatywnych uczuć do artysty. Nawet kiedy dowiadujemy się o permanentnym gnębieniu czarnoskórych przez policję, gdzieś pomiędzy wierszami wyrasta wizerunek rasisty, który, w kontekście milowych kroków dla jazzu, umniejsza wpływ białych muzyków do poziomu tych gorszych, mniej kreatywnych, zżynających i przypisujących sobie zasługi muzyków czarnoskórych. Trudno też o jakąkolwiek pochwałę stosunku Davisa do kobiet i swoich dzieci – „Ale w ogóle dzieci bywają dla rodziców strasznym rozczarowaniem i tak moim zdaniem stało się w przypadku moich dwóch starszych synów”.

Całość pozostaje jednak znakomitym kąskiem dla miłośników jazzu. Autobiografia Milesa Davisa wspaniale funkcjonuje jako zbiór anegdot, które odbiera się w sposób konfidencjonalny. Łatwo wyczuć, że Davis zmienia zdanie i konfabuluje. Przypomina to wujaszkowe opowieści podczas mocno zakrapianej imprezy, dlatego można odnieść słodko-gorzkie wrażenie poznawania tajemnic słynnego trębacza, który przecież zarówno w życiu prywatnym, jak i na koncertach jawił się raczej jako mruk, który bardzo oszczędzał słowa. Warto więc zdystansować się wobec opisanych przygód muzyka i cieszyć się możliwością poznania kulis powstawania wielkich albumów i przemian w muzyce od połowy lat czterdziestych do początku lat dziewięćdziesiątych.

niedziela, 18 listopada 2018

The Dog Breath Podcast - odcinek drugi - Sonic Youth

Dziś z szuflady wyciągam drugi odcinek podcastu będący przejażdżką po utworach Sonic Youth od debiutu po ostatnią płytę. Zapraszam do 70-minutowej chwalby zespołu i sterty brudnych dźwięków.
The Dog Breath - Sonic Youth

poniedziałek, 2 lipca 2018

Alan “Blind Owl” Wilson – Klasyczny okres Canned Heat


Alan „Blind Owl” Wilson był jednym z wielu muzyków należących do „Klubu 27”; grupy twórców, którzy zginęli w wieku 27 lat. Sławę przyniosła mu grupa Canned Heat, którą założył wraz z Bobem Hite’em w 1965 roku. To właśnie w roku 1965 Wilson wziął udział w nagrywaniu płyty „Son House: Father Of The Delta Blues: The Complete 1965 Sessions” – wówczas dał się poznać jako gitarzysta i harmonijkarz. Słynny Son House wiele zawdzięczał Wilsonowi. W czasie nagrań omawiał z nim sprawy techniczne, a wcześniej Wilson nauczył House’a na nowo utworów, które zapomniał słynny muzyk z Delty w Mississippi (powrócił do nagrywań po ponad 20-letniej przerwie).
Pierwsze nagrania Canned Heat pochodzą z 1966 roku. “Vintage Canned Heat” to bardzo krótki album zawierający dwuminutowe kawałki, wśród których tylko dwie pozycje były autorskie. Duch boogie nie był jeszcze słyszalny w muzyce zespołu, za to uwidoczniły się już predyspozycje na awans do pierwszej ligi bluesowej sceny lat sześćdziesiątych. Bob „The Bear” Hite zdawał się bez żadnego wysiłku wydobywać chrypliwe bluesowe zaśpiewy. Gitarzysta Alan Wilson, uznawany do dziś za trzon zespołu, jeszcze nie wychylił się z wokalem wspomagającym. Prowadzącą gitarę nosił wówczas Henry Vestine i pozostał w zespole do 1969 roku, powracając później jedynie okazjonalnie. Na debiucie został oddany hołd dla Willie’ego Dixona, Muddy’ego Watersa oraz Johna Lee Hookera, z którym członkowie zespołu mieli nagrać płytę za pięć lat. Album jest błyskawicznym liźnięciem bluesowych standardów, lecz dobitnie pokazuje jaki jest muzyczny anturaż grupy.


Rok 1967 przyniósł album zatytułowany po prostu „Canned Heat”. Płytę, znów nagraną w Los Angeles, powszechnie uznaje się za debiut. Po występie na słynnym Monterey Pop Festival zespół zyskał rozgłos. Utwory wydłużyły się, pozostawiając miejsce harmonijce Wilsona. Pierwszym, niemal transowym, odjazdem było „Catfish Blues”. Zespół nie wychylał się zbytnio z własnymi kompozycjami; „Bullfrog Blues” to ich jedyny własny utwór na tak kultowej płycie. W „Help Me” pierwszy raz zaśpiewał Wilson, którego głos był niepowtarzalny – można przyrównać go do tego, którym dysponował Skip James. Z resztą Wilson jawnie przyznawał się do skorzystania z pewnej innowacji, jaką wprowadził do bluesa James. Podczas gdy wielu bluesmanów posługiwało się dość krzykliwym wokalem, Wilson cieszył się, że w bluesie można śpiewać również łagodnie. Kunsztem wokalnym wykazał się też Bob Hite w „The Road Song” imitując styl Howlin’ Wolfa.
Od początku działalności do dziś, skład Canned Heat reprezentowały dziesiątki muzyków. W największej ilości wydawnictw wziął udział perkusista – Adolfo de la Parra, który dołączył do grupy przy okazji nagrywania „Boogie with Canned Heat” w 1968 roku. Pod względem technicznym było to największe dokonanie zespołu. Komercyjny sukces zapewniła różnorodność albumu – pod względem zaskakującej korespondencji zupełnie różnych wokali Hite’a i Wilsona, ale też świeżego powiewu stylistycznego w bluesie. Kiedy na trzeciej pozycji rozbrzmiewa „On theRoad Again”, słuchacz zostaje rzucony w niespodziewane interludium, jak gdyby przez pomyłkę wtrącono kompozycję innej kapeli. Tekst utworu bezpośrednio dotyczy rozstania Wilsona we wczesnym dzieciństwie ze swoją matką. Blind Owl stwierdził, że w przypadku tego utworu obudził się w nim dyktator i nie przystanie na żadną zmianę. Za to „An Owl song” i „Marie Laveau” pochodzą z powstałego na chwilę w 1966 roku zespołu The Electric Beavers, w którym Wilson grał wraz z Vestine’em. Całość, będąc jednocześnie chwytliwym, ale też oryginalnym wytworem, zasługuje na miano magnus opus Canned Heat.
Fito de la Parra uznał w wydanej w 2010 roku książce, pt. „Living The Blues: Canned Heat’s Story Of Music”, że kolejne wydawnictwo może być uznawane za równorzędny klasyk. Chodzi o „Living the Blues”, które poszło za ciosem poprzednika. Została obrana podobna taktyka – raz Hite śpiewał swoją pieśń, innym razem Wilson wynurzał się ze swoim osobliwym wokalem. Tak przyciągająca mieszanka charakterów musiała się podobać. „Going Up the County” to w końcu lejtmotyw dokumentalnego filmu „Woodstock” z 1970 roku.
Eksperymentalne i progresywne zapędy w zespole przejawiały się w grze Wilsona i Vestine’a, podczas gdy pozostali muzycy reprezentowali szkołę tradycyjną w bluesie. „Hallelujah” (1969) było ostatnim wydawnictwem grupy w latach sześćdziesiątych. Na pierwszy plan dość wyraźnie wyszedł Wilson, który śpiewał częściej niż zwykle. Najciekawszym momentem jest eksperymentalny utwór „Get Off My Back” z agresywną solówką przechodzącą sielsko w zwrotkę śpiewaną niczym kołysanka dla dzieci.
Całe piękno dźwięków gitary Wilsona polega na tym, że są one dość delikatnie przesterowane. Blind Owl był bardzo wrażliwą osobą, jego teksty nosiły ze sobą obawę o środowisko naturalne (w Poor Moon zastanawiał się, kiedy ludzie zniszczą oblicze księżyca), poruszały temat opuszczenia i złego traktowania. Poza tym na „Hallelujah” usłyszymy kunszt posługiwania się harmonijką ustną. Wilson, choć był pod wrażeniem jednoczesnego grania na harmonijce i gitarze, zawsze w skupieniu grał na jednym instrumencie. Atutów do grania bluesa zespół miał wiele, stanowiąc niemal nieograniczony w możliwościach twórczych skład. Nic zatem dziwnego, że grupa cieszyła się wóczas poważaniem u wielu słynnych bluesmanów.
        „Future Blues” (1970) oferowało o wiele bardziej rozrywkowy materiał; zarówno kiedy śpiewał Hite (Sugar Bee, Let’s Work Together), jak i Wilson (Shake It And Break It, Skat). Vestine’a na gitarze prowadzącej zastąpił Harvey Mandel. Rezultatem był urozmaicony stylistycznie oraz instrumetalnie album. Pomimo przebojowego ładunku, płyta miała poważny, środowiskowy przekaz. Na okładce pięcioosobowa grupa usiłuje wbić odwróconą amerykańską flagę w powierzchnię Księżyca. Utwór My Time Ain’t Long (Nie zostało mi wiele czasu) został nazwany wprost proroczo z uwagi na tragedię, jaka miała miejsce we wrześniu 1970 roku.


Ostatnim krążkiem, na którym zapisał swój udział Wilson, był „Hooker ‘n Heat” (1971), wydany już po śmierci muzyka. Wilson na okładce widnieje jedynie na zdjęciu powieszonym na ścianie ponad głową John Lee Hookera. Album składa się z dwóch setów – w pierwszym usłyszymy głos i gitarę mistrza, a dopiero pod koniec dołączył Wilson grając na harmonijce i pianinie. W drugim secie można usłyszeć pozostałych muzyków, oprócz Hite’a, który tym razem zajął się wyłącznie produkcją albumu.
Sesja nagraniowa z Johnem Lee Hookerem oraz współpraca z Samem House’em ukazuje geniusz Wilsona, który potrafił wejść na te same tory, po których poruszały się legendy bluesa. W powyższych współpracach Wilson nie uchodził jako uczeń pod skrzydłami mistrzów, ale współtworzył z nimi, jak równy z równym.

piątek, 18 maja 2018

Wywiad z Romkiem Puchowskim (2015)


    Myślę, że zgodzisz się ze mną, że blues jeszcze nie umarł. Kogo uważasz obecnie za najbardziej wpływową (żyjącą) postać dla bluesa? Buddy Guy?

Blues jest niewyczerpalnym źródłem inspiracji, jest jednym z gatunków „kluczowych”, wielu artystów z niego czerpie i czerpać będzie. Jest w pewnym sensie gatunkiem zamkniętym. Czymś co zostało ukształtowane w określonym miejscu i czasie, w wyniku takich, a nie innych uwarunkowań społeczno-kulturowych. Otwierają go artyści, którzy wnosząc współczesną, osobistą świeżość, czynią z niego żywą muzykę. Nie każdemu jednak udaje się znaleźć w sobie ten klucz.
Biorąc pod uwagę „rdzenne” pokolenie i jego potomków, ujął mnie Otis Taylor swoją ostatnią płytą "Hey Joe Opus". Genialna fuzja, która wciąż jest bluesem, choć pewnie nie dla każdego. Kiedy usłyszałem po raz pierwszy tę płytę (na party po festiwalu w Niederlehme) miałem te cudowne ciarki, towarzyszące odkrywaniu nowej muzyki. To dla bluesa świeżość podobna do tej, którą do jazzu wniósł swego czasu Nils Petter Molvaer.
Druga postać to dla mnie Taj Mahal, którego po raz pierwszy usłyszałem na początku lat 80-tych. Często wracam do jego muzyki.
Z Buddy Guy'em „spotykam się" ostatnio często w aucie, słuchając w trasie płyty „Alone & Acoustic” z Juniorem Wellsem.
Reasumując, blues jest wszechobecny we współczesnej muzyce, myślę że nie ma się co obawiać o jego „odejście”. Tacy artyści, tworzący autorską muzykę wszelakiego sortu, jak The Beatles, Tom Waits, Wim Mertens, Mark Sandman (Morphine), Miles Davis czy Black Keys, Jack White otwarcie deklarują (deklarowali) swoje bluesowe czy rock'n'rollowe korzenie.

     Jaka jest kondycja polskiego bluesa?
     Cieszy mnie szczególnie rozkwit sceny akustycznej, jak też różnorodność muzycznych melanży, wynikających z jej aktywności. Jako wieloletni wykładowca warsztatów bluesowych, mam w tym swój skromny udział i bardzo mnie to cieszy. Wiele aktywnych postaci "młodej sceny" odwiedzało moje warsztaty. Z dumą obserwuję ich poczynania. Mamy pokaźną liczbę klubów, festiwali. Jest rzesza ludzi, którzy chcą tego słuchać, i to jest najważniejsze.
Na świecie, za sprawą takich wykonawców jak The Black Keys czy White Stripes, ta muzyka jest znowu na fali. Cieszy również to, że artyści z innych kręgów stylistycznych biorą się za bluesa. W kraju mamy też dobry czas dla tej muzyki. Zabrzmi to może dziwnie, lecz uważam, że realnym odzwierciedleniem kondycji bluesa w Polsce jest średnia wieku naszej publiczności. Jest sporo młodych ludzi, a to świadczy o tym, że trwa wciąż napływ „świeżych" fascynatów, co oznacza, że to, co się na naszej scenie dzieje działa na młode pokolenie. To jest ważne. Brakuje mi trochę projektów łączących bluesa z muzyką alternatywną. Rodzima bluesowa scena jest raczej wierna tradycji, taki jej urok.
Pamiętam dyskusję z pewnym wybitnym polskim blues-rockowym gitarzystą. Rzecz działa się podczas obrad jury jednego z festiwali bluesowych. On reprezentował opcję „tradycyjno-betonową", forował gitarzystów, grających poprawnie (wzorowo), w konwencji, tyle że nudno i „no future”... :) Ja natomiast stawiałem na ludzi, grających szorstko, surowo, lecz bardzo osobiście i kreatywnie. Moim podstawowym argumentem było to, że tacy właśnie artyści sprawiają, że ta muzyka zyskuje nowych fanów, jest dzięki nim żywa. Nie udało mi się, niestety, przeforsować wtedy tej koncepcji, jednak lata zweryfikowały wyniki owego sporu. Ku wielkiej mej radości, młodzi gniewni, na których stawiałem to czołowe postacie rodzimej „młodej” sceny akustycznej. Oryginalność i kreatywność RULEZ!

      Czy mamy z czego czerpać, jeśli chodzi o stary polski blues? Czy istnieje coś takiego?
Mamy wielu wykonawców, którzy inspirowali się bluesem. Rzecz w tym, że zazwyczaj jest to już ich własna, autorska muzyka, wywodząca się z bluesa. I tego właśnie można się od nich nauczyć. Mam na myśli to, w jaki sposób łączyli rzeczoną materię z własnym, muzycznym światem. Pisali swoje, mocne piosenki, pozostawiając po sobie nową ponadczasową wartość. Mam na myśli np. Dżem czy Tadeusza Nalepę. Dużo bluesa słyszę w twórczości Czesława Niemena, do którego często wracam. Niemen świetnie działa na mnie w samochodzie. Spośród artystów współczesnych, acz zasłużonych, wymienię choćby Kasę Chorych i jej wczesne instrumentalne kompozycje. Kasa wciąż nagrywa mocne płyty i porywa na koncertach. Kolejny przykład: Martyna Jakubowicz. Gdzieś tam korzeniami tkwi w bluesie, jednocześnie w swojej wczesnej i współczesnej twórczości prezentuje własny styl, wykreowany przez ogromną wrażliwość i otwarty umysł. Nie jest łatwo, funkcjonując na scenie od tylu lat, wciąż być kreatywnym. Martynie się to udaje.

      W 2006 roku wydałeś płytę Simply, która jest świetnym odnowieniem starego, klasycznego bluesa. Dwa lata temu płyta Free, bardziej osobista. Co teraz będzie na solowej płycie i kiedy?
Pracuję nad nową muzyką, w bliżej nieokreślonej przyszłości coś się na pewno ukaże. Na tym etapie trudno mi powiedzieć, co to będzie i kiedy. Pracuję nad materiałem, który powstawał w Delcie Mississippi. To część większego projektu pod roboczą nazwą "Puchowski Delta Projekt", muzyka rodziła się w mojej głowie w dzikich ostępach Mississippi, Louisiany, Arkansas. Założenie było takie, aby „usłyszeć” moją muzykę, stymulowaną tamtejszą wibracją. Z takim zamiarem tam pojechałem i udało się. Robi się ciekawie … :)

      Lato spędzasz w Niemczech. Jak Ci się gra dla zagranicznej publiczności?
Rzeczywiście, od początku czerwca do końca wakacji koncertowałem w Niemczech. Sytuacja o tyle ciekawa, że to pierwsza tak duża seria koncertowa projektu z perkusistą Michą Maassem. Znamy się z Michą od lat, świetnie nam się razem gra.
Każda publiczność jest inna… (śmiech). Prezentuję tam, oczywiście, moje kompozycje oraz szalone interpretacje klasycznych bluesów. Nie mogę opierać koncertów na kompozycjach polskojęzycznych z wiadomych względów. Gram, oczywiście, na każdym koncercie chociaż jeden numer w rodzimym języku, jednak bazę stanowią piosenki anglojęzyczne. W jednym z wywiadów zapytano mnie, kiedy napiszę coś po niemiecku – może właśnie nadszedł czas… (śmiech).
Dla mnie jednak podstawowym „kanałem komunikacyjnym” ze słuchaczem jest wibracja. Graliśmy w najróżniejszych miejscach. Od małych klubów, przez duże sale koncertowe (Kesselhaus/Kulturbrauerei w Berlinie) po plenerowy koncert na żywo na antenie Radio Eins w Tempelhofer Park. Pamiętam, jak na jednym z pierwszych koncertów w trasie była kompletna zima, lód... Klub pełen, ale wszyscy jakby pogrążeni w półśnie... Zrobiłem takie ciśnienie, że w drugim secie publika chórem „wymiałczała” zbiorowe solo w „The Cat Is Obsering”. Nauczyłem się tego, grając z Sugarem Blue – tak długo ładujesz energię, aż pojawi się cyrkulacja. W Niemczech jest świetna publiczność, może troszkę chłodniejsza niż nasza, ale kiedy już dopadniesz ich serc, wymiana energii jest potężna.

      A jak było w Stanach? Zazdrościłem Ci tej wycieczki. Opowiedz proszę o tym.
Inspiracją do tego przedsięwzięcia był wyjazd na International Blues Challenge, za sprawą nominacji ze strony stowarzyszenia „Jimiway”. IBC to szlachetne, ogromne przedsięwzięcie, na którym spotkałem pasjonatów bluesa z całego świata. No i historyczna Beale Street. Memphis to kawał historii muzyki. Obecnie smutne, wymierające miasto. Takie imprezy jak IBC wlewają na nowo życie i radość w tę przestrzeń.
W trakcie tej eskapady wykonaliśmy blisko 3000 mil, meandrując na trasie Memphis-New Orleans-Memphis. Na totalnym luzie, włóczyliśmy się po tych terenach. Towarzyszył mi młody fotografik, Kuba Bednarek. Odwiedziliśmy miejsca dla mnie szczególnie istotne, w tym m.in. Lula, Friars Point, Vicksburg czy Hazelhurst, gdzie urodził się i bywał Robert Johnson. „Powęszyłem" trochę, podążając jego pełnym tajemnic szlakiem i jak to zwykle bywa, sprostowałem pewne przepełnione magią podania. Rozmawiałem z autochtonami, wypytywałem m.in. o ślady Son House'a czy Charley'a Pattona w Lula. Chłopaki (lokalsi z flaszeczkami w torebeczkach w dłoniach) nie mieli pojęcia, o kim mówię. Mimo, że znajdowaliśmy się opodal tablicy, upamiętniającej tych ludzi... (śmiech).
Urzekły mnie tamte przestrzenie, podróż 61-szą autostradą na południe to było coś. Co rusz na znakach pojawiały się nazwy miejscowości, które znałem z piosenek. Gigantyczne wały przy Mississippi, dzikie bagienne ostępy. We Friars Point (ważny port przeładunku bawełny, ongiś ważne połączenie promowe z Helena na drugim brzegiem rzeki) miałem okazję zobaczyć jedną z najpopularniejszych wówczas scen, czyli „placyk" przed niewielkim sklepem. Jak powiedział mój rozmówca:
- „ … i oni tam grali”.
- „Kto?” - pytam.
- „ … no, wszyscy, ten cały Johnson i reszta”.
Był to jeden z mocniejszych punktów wyprawy (śmiech).

     W tym roku po długiej przerwie “z psychodelicznej czeluści swego umysłu” wyłonił się Hrabia Von Zeit. Skład Maass, Tymański, Puchowski. Von Zeit w nowym składzie i w nowej formie?
Sprawcą „przebudzenia” Hrabiego jest w dużej mierze Filip Wilczyński, który namówił mnie, aby przyjechać z Von Zeit na festiwal „JAZZONALIA” do Konina. Świetna impreza, wymarzone miejsce na taki eksperyment. Zagraliśmy pod nazwą „Halucynacje Hrabiego Von Zeit”, bardzo transowy i improwizowany koncert. Na bazie moich piosenek, znanych z wykonań VZ, naturalnie. Pomysł VZ realizowałem od zawsze z muzykami, którzy byli w danym momencie mi bliscy. Stąd obecność Michy i Tymona. Mamy to, co niezbędne – totalne porozumienie & wzajemny „nakręt", naturalnego pierdolca. Uwielbiam to! Będzie się działo… :)

    Na koncertach często opowiadasz ciekawe historie z życia bluesmanów. Czy wciąż odkrywasz bluesa? Jaki muzyk wywarł na Tobie ostatnio największe wrażenie?
Rzeczywiście, na koncerach pojawia się dużo rozmaitych historii z życia wziętych. Z życia bluesmanów i nie tylko. Od  lat opowiadam, freestyle'uję w oparciu o sytuacje, których doświadczyłem. Czasem ma to związek z tekstem piosenki, innym razem „miksuję” myśli, skojarzenia, które właśnie płyną przez moje zwoje. Innym razem jest kompletnie bez związku ... (śmiech).
Wciąż odkrywam muzykę, więc bluesa też. Muzyk, który wywarł na mnie ostatnio największe wrażenie…? Chyba włoski wiolonczelista Giovanni Solima. Wirtuozeria absolutna. Generalnie daleko od bluesa, chociaż goszczą w jego kompozycjach bluesowe frazy. Niesamowite jest to, w jaki sposób ten człowiek korzysta z własnego potencjału.
W bluesowym temacie – zauroczyła mnie książka „Blues Poems” Kevina Younga. Jest to zbiór wierszy, tekstów piosenek, znanych i nieznanych. Blues to w końcu piosenki – muzyka i TEKST. Young dokonał wyboru tekstów, opatrzył komentarzem, powstała z tego cudowna kwintesencja bluesowych wersów.

     Obecnie młodzi gitarzyści mogą posiłkować się tabulaturami i filmami instruktażowymi. Co Ty miałeś do dyspozycji wraz z pierwszą gitarą?
Dobre pytanie… Nagrania i kolegów. Później więcej i więcej nagrań i kolegów kolegów, aż trafiłem na jednego z moich idoli – Nicka Katzmana. Zanim jednak do tego doszło, słuchałem = pożerałem setki nagrań. Wybierałem perełki i uczyłem się grać. Wykorzystywałem te umiejętności również w moich ówczesnych, nowofalowych, eksperymentalnych  kapelach.
Ogromną pomoc otrzymałem ze strony moich sióstr, które uczęszczały do szkół muzycznych. Nauczyły mnie podstaw rozumienia świata dźwięków, czytania, pisania. Co najważniejsze, pomogły w zbudowaniu własnej metody pracy z instrumentem. Nauczyłem się, jak ustawiać swoje działania, aby osiągnąć zamierzony efekt. Bezcenne…!
Wracając do tematu składania pierwszych dźwięków. Uczyłem się akordów ze śpiewników
i  na tym gruncie komponowałem swoje piosenki. Takie były właśnie pierwsze kroki. Gdy zacząłem grać na gitarze akustycznej, potrafiłem już trochę grać na basie i pianinie. Granie muzyki nie było mi więc obce. Pisałem też naturalnie teksty.
Wspominałem o kolegach. Jeden z nich grał w orkiestrze, kumał już coś z jazzu, grał na gitarze. Ja robiłem mu groove, a on improwizował. Przełomem był obóz żeglarski w NRD, w kooperacji z żeńskim obozem FDJ. Było nas trzech gitarzystów i tłum pięknych dziewcząt. Wymarzona publika. Graliśmy głównie instrumentalnie bluesy i proste jazzowe numery. Były to pierwsze moje, jak to się mówi – szerokie wody. Jeśli chodzi o nagrania, ważnym żródłem były audycje Marii Jurkowskiej, generalnie Program 3, oraz rodzina - bliscy przywozili mi z Zachodu płyty, sprzęt typu pazurki, slide.

   Sam brałeś udział w nagrywaniu kilku lekcji pokazowych, prowadzisz też warsztaty. Co przyciąga na nie ludzi?
To ciekawe, gdyż jest to żywy proces. Kiedyś ludzie przybywali na warsztaty, aby uczyć się grać na instrumencie. Teraz coraz więcej adeptów chce uczyć się, jak budować i realizować swój muzyczny wizerunek. Są ludzie, którzy spędzają w ten sposób wolny czas, realizują swoją pasję. Prowadziłem tego lata warsztaty m.in. w Płocku, w Jedlinie-Zdrój, gdzie przeważający procent uczestników stanowi młodzież ze szkół muzycznych. Młodzieżówka szuka i drąży temat, rozwijają się świadomie, każdy w swoim kierunku.
Z kolei na Kreatywnych Warsztatach Wojtka Pilichowskiego w Kliczkowie „studenci" przeprowadzali łańcuch działań „od pomysłu do produktu". Warsztat kończył się profesjonalną rejestracją danej formy. Obecnie brakuje mi niestety czasu na szerszą, jak kiedyś, działalność warsztatową. Jednak wciąż kontakt z młodymi adeptami sztuki muzycznej jest dla mnie bardzo ważny.

     Kiedy koncertowy powrót do Polski? Zdążysz gdzieś jeszcze zagrać przed Rawa Blues Festiwal?
Na dobre wrócę pewnie dopiero w przyszłym roku. Jesienią zagram kilka koncertów. Będą to wydarzenia dla mnie szczególne, gdyż zagram w miejscach zaprzyjaźnionych fragmenty nowego materiału, o którym wspominałem. Przed Rawą będzie kameralny koncert w klubie Agrafka w Zgierzu w ramach festiwalu małych form teatralnych „Słodkobłękity”, zagram też gościnnie z formacją „Czarne Kwiaty” na żywo, na antenie Radia Gdańsk. Główny koncert tej jesieni to Rawa Blues, gdzie zagram oczywiście z Michą Maassem. Póki co, przeżywam cudowny chillout po bardzo intensywnych, obfitych w podróże i koncerty trzech kwartałach tego roku (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję za rozmowę Mateusz, pozdrawiam czytelników & życzę udanej kontemplacji "Złotej Polskiej Jesieni".



        Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019)         Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...