Wyciągam dziś z szuflady swój pierwszy odcinek podcastu definiujący słownie i muzycznie blues.
The Dog Breath - Blues
wtorek, 9 października 2018
poniedziałek, 2 lipca 2018
Alan “Blind Owl” Wilson – Klasyczny okres Canned Heat
Alan
„Blind Owl” Wilson był jednym z wielu muzyków należących do „Klubu 27”; grupy twórców,
którzy zginęli w wieku 27 lat. Sławę przyniosła mu grupa Canned Heat, którą
założył wraz z Bobem Hite’em w 1965 roku. To właśnie w roku 1965 Wilson wziął
udział w nagrywaniu płyty „Son House: Father Of The Delta Blues: The Complete
1965 Sessions” – wówczas dał się poznać jako gitarzysta i harmonijkarz. Słynny
Son House wiele zawdzięczał Wilsonowi. W czasie nagrań omawiał z nim sprawy
techniczne, a wcześniej Wilson nauczył House’a na nowo utworów, które zapomniał
słynny muzyk z Delty w Mississippi (powrócił do nagrywań po ponad 20-letniej
przerwie).
Pierwsze
nagrania Canned Heat pochodzą z 1966 roku. “Vintage Canned Heat” to bardzo
krótki album zawierający dwuminutowe kawałki, wśród których tylko dwie pozycje
były autorskie. Duch boogie nie był jeszcze słyszalny w muzyce zespołu, za to uwidoczniły
się już predyspozycje na awans do pierwszej ligi bluesowej sceny lat
sześćdziesiątych. Bob „The Bear” Hite zdawał się bez żadnego wysiłku wydobywać
chrypliwe bluesowe zaśpiewy. Gitarzysta Alan Wilson, uznawany do dziś za trzon
zespołu, jeszcze nie wychylił się z wokalem wspomagającym. Prowadzącą gitarę
nosił wówczas Henry Vestine i pozostał w zespole do 1969 roku, powracając
później jedynie okazjonalnie. Na debiucie został oddany hołd dla Willie’ego
Dixona, Muddy’ego Watersa oraz Johna Lee Hookera, z którym członkowie zespołu
mieli nagrać płytę za pięć lat. Album jest błyskawicznym liźnięciem bluesowych
standardów, lecz dobitnie pokazuje jaki jest muzyczny anturaż grupy.
Rok
1967 przyniósł album zatytułowany po prostu „Canned Heat”. Płytę, znów nagraną
w Los Angeles, powszechnie uznaje się za debiut. Po występie na słynnym
Monterey Pop Festival zespół zyskał rozgłos. Utwory wydłużyły się,
pozostawiając miejsce harmonijce Wilsona. Pierwszym, niemal transowym, odjazdem
było „Catfish Blues”. Zespół nie wychylał się zbytnio z własnymi kompozycjami;
„Bullfrog Blues” to ich jedyny własny utwór na tak kultowej płycie. W „Help Me”
pierwszy raz zaśpiewał Wilson, którego głos był niepowtarzalny – można
przyrównać go do tego, którym dysponował Skip James. Z resztą Wilson jawnie
przyznawał się do skorzystania z pewnej innowacji, jaką wprowadził do bluesa
James. Podczas gdy wielu bluesmanów posługiwało się dość krzykliwym wokalem,
Wilson cieszył się, że w bluesie można śpiewać również łagodnie. Kunsztem wokalnym
wykazał się też Bob Hite w „The Road Song” imitując styl Howlin’ Wolfa.
Od
początku działalności do dziś, skład Canned Heat reprezentowały dziesiątki
muzyków. W największej ilości wydawnictw wziął udział perkusista – Adolfo de la
Parra, który dołączył do grupy przy okazji nagrywania „Boogie with Canned Heat”
w 1968 roku. Pod względem technicznym było to największe dokonanie zespołu.
Komercyjny sukces zapewniła różnorodność albumu – pod względem zaskakującej
korespondencji zupełnie różnych wokali Hite’a i Wilsona, ale też świeżego
powiewu stylistycznego w bluesie. Kiedy na trzeciej pozycji rozbrzmiewa „On theRoad Again”, słuchacz zostaje rzucony w niespodziewane interludium, jak gdyby
przez pomyłkę wtrącono kompozycję innej kapeli. Tekst
utworu bezpośrednio dotyczy rozstania Wilsona we wczesnym dzieciństwie ze swoją
matką. Blind Owl stwierdził, że w przypadku tego utworu obudził się w nim
dyktator i nie przystanie na żadną zmianę. Za to „An Owl song” i „Marie Laveau”
pochodzą z powstałego na chwilę w 1966 roku zespołu The Electric Beavers, w którym
Wilson grał wraz z Vestine’em. Całość, będąc jednocześnie chwytliwym, ale też
oryginalnym wytworem, zasługuje na miano magnus opus Canned Heat.
Fito
de la Parra uznał w wydanej w 2010 roku książce, pt. „Living The Blues: Canned
Heat’s Story Of Music”, że kolejne wydawnictwo może być uznawane za równorzędny
klasyk. Chodzi o „Living the Blues”, które poszło za ciosem poprzednika. Została
obrana podobna taktyka – raz Hite śpiewał swoją pieśń, innym razem Wilson
wynurzał się ze swoim osobliwym wokalem. Tak przyciągająca mieszanka
charakterów musiała się podobać. „Going Up the County” to w końcu lejtmotyw
dokumentalnego filmu „Woodstock” z 1970 roku.
Eksperymentalne
i progresywne zapędy w zespole przejawiały się w grze Wilsona i Vestine’a,
podczas gdy pozostali muzycy reprezentowali szkołę tradycyjną w bluesie. „Hallelujah”
(1969) było ostatnim wydawnictwem grupy w latach sześćdziesiątych. Na pierwszy plan
dość wyraźnie wyszedł Wilson, który śpiewał częściej niż zwykle. Najciekawszym
momentem jest eksperymentalny utwór „Get Off My Back” z agresywną solówką
przechodzącą sielsko w zwrotkę śpiewaną niczym kołysanka dla dzieci.
Całe
piękno dźwięków gitary Wilsona polega na tym, że są one dość delikatnie
przesterowane. Blind Owl był bardzo wrażliwą osobą, jego teksty nosiły ze sobą
obawę o środowisko naturalne (w Poor Moon
zastanawiał się, kiedy ludzie zniszczą oblicze księżyca), poruszały temat
opuszczenia i złego traktowania. Poza tym na „Hallelujah” usłyszymy kunszt
posługiwania się harmonijką ustną. Wilson, choć był pod wrażeniem jednoczesnego
grania na harmonijce i gitarze, zawsze w skupieniu grał na jednym instrumencie.
Atutów do grania bluesa zespół miał wiele, stanowiąc niemal nieograniczony w
możliwościach twórczych skład. Nic zatem dziwnego, że grupa cieszyła się wóczas
poważaniem u wielu słynnych bluesmanów.
„Future Blues” (1970) oferowało o
wiele bardziej rozrywkowy materiał; zarówno kiedy śpiewał Hite (Sugar Bee, Let’s Work Together), jak i Wilson (Shake It And Break It, Skat).
Vestine’a na gitarze prowadzącej zastąpił Harvey Mandel. Rezultatem był urozmaicony
stylistycznie oraz instrumetalnie album. Pomimo przebojowego ładunku, płyta
miała poważny, środowiskowy przekaz. Na okładce pięcioosobowa grupa usiłuje
wbić odwróconą amerykańską flagę w powierzchnię Księżyca. Utwór My Time Ain’t Long (Nie zostało mi wiele
czasu) został nazwany wprost proroczo
z uwagi na tragedię, jaka miała miejsce we wrześniu 1970 roku.
Ostatnim
krążkiem, na którym zapisał swój udział Wilson, był „Hooker ‘n Heat” (1971),
wydany już po śmierci muzyka. Wilson na okładce widnieje jedynie na zdjęciu
powieszonym na ścianie ponad głową John Lee Hookera. Album składa się z dwóch
setów – w pierwszym usłyszymy głos i gitarę mistrza, a dopiero pod koniec
dołączył Wilson grając na harmonijce i pianinie. W drugim secie można usłyszeć
pozostałych muzyków, oprócz Hite’a, który tym razem zajął się wyłącznie produkcją
albumu.
Sesja
nagraniowa z Johnem Lee Hookerem oraz współpraca z Samem House’em ukazuje
geniusz Wilsona, który potrafił wejść na te same tory, po których poruszały się
legendy bluesa. W powyższych współpracach Wilson nie uchodził jako uczeń pod
skrzydłami mistrzów, ale współtworzył z nimi, jak równy z równym.
piątek, 18 maja 2018
Wywiad z Romkiem Puchowskim (2015)
Myślę, że zgodzisz się
ze mną, że blues jeszcze nie umarł. Kogo uważasz obecnie za najbardziej
wpływową (żyjącą) postać dla bluesa? Buddy Guy?
Blues jest
niewyczerpalnym źródłem inspiracji, jest jednym z gatunków „kluczowych”, wielu
artystów z niego czerpie i czerpać będzie. Jest w pewnym sensie gatunkiem
zamkniętym. Czymś co zostało ukształtowane w określonym miejscu i czasie, w
wyniku takich, a nie innych uwarunkowań społeczno-kulturowych. Otwierają go
artyści, którzy wnosząc współczesną, osobistą świeżość, czynią z niego żywą
muzykę. Nie każdemu jednak udaje się znaleźć w sobie ten klucz.
Biorąc pod uwagę
„rdzenne” pokolenie i jego potomków, ujął mnie Otis Taylor swoją ostatnią płytą
"Hey Joe Opus". Genialna fuzja, która wciąż jest bluesem, choć pewnie
nie dla każdego. Kiedy usłyszałem po raz pierwszy tę płytę (na party po
festiwalu w Niederlehme) miałem te cudowne ciarki, towarzyszące odkrywaniu
nowej muzyki. To dla bluesa świeżość podobna do tej, którą do jazzu wniósł
swego czasu Nils Petter Molvaer.
Druga postać to dla mnie
Taj Mahal, którego po raz pierwszy usłyszałem na początku lat 80-tych. Często
wracam do jego muzyki.
Z Buddy Guy'em „spotykam
się" ostatnio często w aucie, słuchając w trasie płyty „Alone &
Acoustic” z Juniorem Wellsem.
Reasumując, blues jest
wszechobecny we współczesnej muzyce, myślę że nie ma się co obawiać o jego
„odejście”. Tacy artyści, tworzący autorską muzykę wszelakiego sortu, jak The
Beatles, Tom Waits, Wim Mertens, Mark Sandman (Morphine), Miles Davis czy Black
Keys, Jack White otwarcie deklarują (deklarowali) swoje bluesowe czy
rock'n'rollowe korzenie.
Jaka jest kondycja
polskiego bluesa?
Cieszy mnie szczególnie
rozkwit sceny akustycznej, jak też różnorodność muzycznych melanży,
wynikających z jej aktywności. Jako wieloletni wykładowca warsztatów
bluesowych, mam w tym swój skromny udział i bardzo mnie to cieszy. Wiele
aktywnych postaci "młodej sceny" odwiedzało moje warsztaty. Z dumą
obserwuję ich poczynania. Mamy pokaźną liczbę klubów, festiwali. Jest rzesza
ludzi, którzy chcą tego słuchać, i to jest najważniejsze.
Na świecie, za sprawą
takich wykonawców jak The Black Keys czy White Stripes, ta muzyka jest znowu na
fali. Cieszy również to, że artyści z innych kręgów stylistycznych biorą się za
bluesa. W kraju mamy też dobry czas dla tej muzyki. Zabrzmi to może dziwnie,
lecz uważam, że realnym odzwierciedleniem kondycji bluesa w Polsce jest średnia
wieku naszej publiczności. Jest sporo młodych ludzi, a to świadczy o tym, że
trwa wciąż napływ „świeżych" fascynatów, co oznacza, że to, co się na
naszej scenie dzieje działa na młode pokolenie. To jest ważne. Brakuje mi
trochę projektów łączących bluesa z muzyką alternatywną. Rodzima bluesowa scena
jest raczej wierna tradycji, taki jej urok.
Pamiętam dyskusję z
pewnym wybitnym polskim blues-rockowym gitarzystą. Rzecz działa się podczas
obrad jury jednego z festiwali bluesowych. On reprezentował opcję
„tradycyjno-betonową", forował gitarzystów, grających poprawnie (wzorowo),
w konwencji, tyle że nudno i „no future”... :) Ja natomiast stawiałem na ludzi,
grających szorstko, surowo, lecz bardzo osobiście i kreatywnie. Moim
podstawowym argumentem było to, że tacy właśnie artyści sprawiają, że ta muzyka
zyskuje nowych fanów, jest dzięki nim żywa. Nie udało mi się, niestety,
przeforsować wtedy tej koncepcji, jednak lata zweryfikowały wyniki owego sporu.
Ku wielkiej mej radości, młodzi gniewni, na których stawiałem to czołowe
postacie rodzimej „młodej” sceny akustycznej. Oryginalność i kreatywność RULEZ!
Czy mamy z czego
czerpać, jeśli chodzi o stary polski blues? Czy istnieje coś takiego?
Mamy wielu wykonawców,
którzy inspirowali się bluesem. Rzecz w tym, że zazwyczaj jest to już ich
własna, autorska muzyka, wywodząca się z bluesa. I tego właśnie można się od
nich nauczyć. Mam na myśli to, w jaki sposób łączyli rzeczoną materię z
własnym, muzycznym światem. Pisali swoje, mocne piosenki, pozostawiając po
sobie nową ponadczasową wartość. Mam na myśli np. Dżem czy Tadeusza Nalepę.
Dużo bluesa słyszę w twórczości Czesława Niemena, do którego często wracam.
Niemen świetnie działa na mnie w samochodzie. Spośród artystów współczesnych,
acz zasłużonych, wymienię choćby Kasę Chorych i jej wczesne instrumentalne
kompozycje. Kasa wciąż nagrywa mocne płyty i porywa na koncertach. Kolejny
przykład: Martyna Jakubowicz. Gdzieś tam korzeniami tkwi w bluesie,
jednocześnie w swojej wczesnej i współczesnej twórczości prezentuje własny
styl, wykreowany przez ogromną wrażliwość i otwarty umysł. Nie jest łatwo,
funkcjonując na scenie od tylu lat, wciąż być kreatywnym. Martynie się to
udaje.
W 2006 roku wydałeś
płytę Simply, która jest świetnym
odnowieniem starego, klasycznego bluesa. Dwa lata temu płyta Free, bardziej osobista. Co teraz będzie
na solowej płycie i kiedy?
Pracuję nad nową muzyką,
w bliżej nieokreślonej przyszłości coś się na pewno ukaże. Na tym etapie trudno
mi powiedzieć, co to będzie i kiedy. Pracuję nad materiałem, który powstawał w
Delcie Mississippi. To część większego projektu pod roboczą nazwą
"Puchowski Delta Projekt", muzyka rodziła się w mojej głowie w
dzikich ostępach Mississippi, Louisiany, Arkansas. Założenie było takie, aby
„usłyszeć” moją muzykę, stymulowaną tamtejszą wibracją. Z takim zamiarem tam
pojechałem i udało się. Robi się ciekawie … :)
Lato spędzasz w
Niemczech. Jak Ci się gra dla zagranicznej publiczności?
Rzeczywiście, od
początku czerwca do końca wakacji koncertowałem w Niemczech. Sytuacja o tyle
ciekawa, że to pierwsza tak duża seria koncertowa projektu z perkusistą Michą
Maassem. Znamy się z Michą od lat, świetnie nam się razem gra.
Każda publiczność jest
inna… (śmiech). Prezentuję tam, oczywiście, moje kompozycje oraz szalone
interpretacje klasycznych bluesów. Nie mogę opierać koncertów na kompozycjach
polskojęzycznych z wiadomych względów. Gram, oczywiście, na każdym koncercie
chociaż jeden numer w rodzimym języku, jednak bazę stanowią piosenki
anglojęzyczne. W jednym z wywiadów zapytano mnie, kiedy napiszę coś po
niemiecku – może właśnie nadszedł czas… (śmiech).
Dla mnie jednak
podstawowym „kanałem komunikacyjnym” ze słuchaczem jest wibracja. Graliśmy w
najróżniejszych miejscach. Od małych klubów, przez duże sale koncertowe
(Kesselhaus/Kulturbrauerei w Berlinie) po plenerowy koncert na żywo na antenie Radio
Eins w Tempelhofer Park. Pamiętam, jak na jednym z pierwszych koncertów w
trasie była kompletna zima, lód... Klub pełen, ale wszyscy jakby pogrążeni w
półśnie... Zrobiłem takie ciśnienie, że w drugim secie publika chórem
„wymiałczała” zbiorowe solo w „The Cat Is Obsering”. Nauczyłem się tego, grając
z Sugarem Blue – tak długo ładujesz energię, aż pojawi się cyrkulacja. W
Niemczech jest świetna publiczność, może troszkę chłodniejsza niż nasza, ale
kiedy już dopadniesz ich serc, wymiana energii jest potężna.
A jak było w Stanach?
Zazdrościłem Ci tej wycieczki. Opowiedz proszę o tym.
Inspiracją do tego
przedsięwzięcia był wyjazd na International Blues Challenge, za sprawą
nominacji ze strony stowarzyszenia „Jimiway”. IBC to szlachetne, ogromne
przedsięwzięcie, na którym spotkałem pasjonatów bluesa z całego świata. No i
historyczna Beale Street. Memphis to kawał historii muzyki. Obecnie smutne,
wymierające miasto. Takie imprezy jak IBC wlewają na nowo życie i radość w tę
przestrzeń.
W trakcie tej eskapady wykonaliśmy
blisko 3000 mil, meandrując na trasie Memphis-New Orleans-Memphis. Na totalnym
luzie, włóczyliśmy się po tych terenach. Towarzyszył mi młody fotografik, Kuba
Bednarek. Odwiedziliśmy miejsca dla mnie szczególnie istotne, w tym m.in. Lula,
Friars Point, Vicksburg czy Hazelhurst, gdzie urodził się i bywał Robert
Johnson. „Powęszyłem" trochę, podążając jego pełnym tajemnic szlakiem i
jak to zwykle bywa, sprostowałem pewne przepełnione magią podania. Rozmawiałem
z autochtonami, wypytywałem m.in. o ślady Son House'a czy Charley'a Pattona w
Lula. Chłopaki (lokalsi z flaszeczkami w torebeczkach w dłoniach) nie mieli
pojęcia, o kim mówię. Mimo, że znajdowaliśmy się opodal tablicy,
upamiętniającej tych ludzi... (śmiech).
Urzekły mnie tamte
przestrzenie, podróż 61-szą autostradą na południe to było coś. Co rusz na
znakach pojawiały się nazwy miejscowości, które znałem z piosenek. Gigantyczne
wały przy Mississippi, dzikie bagienne ostępy. We Friars Point (ważny port
przeładunku bawełny, ongiś ważne połączenie promowe z Helena na drugim brzegiem
rzeki) miałem okazję zobaczyć jedną z najpopularniejszych wówczas scen, czyli
„placyk" przed niewielkim sklepem. Jak powiedział mój rozmówca:
- „ … i oni tam grali”.
- „Kto?” - pytam.
- „ … no, wszyscy, ten
cały Johnson i reszta”.
Był to jeden z
mocniejszych punktów wyprawy (śmiech).
W tym roku po długiej
przerwie “z psychodelicznej czeluści swego umysłu” wyłonił się Hrabia Von Zeit.
Skład Maass, Tymański, Puchowski. Von Zeit w nowym składzie i w nowej formie?
Sprawcą „przebudzenia”
Hrabiego jest w dużej mierze Filip Wilczyński, który namówił mnie, aby
przyjechać z Von Zeit na festiwal „JAZZONALIA” do Konina. Świetna impreza,
wymarzone miejsce na taki eksperyment. Zagraliśmy pod nazwą „Halucynacje
Hrabiego Von Zeit”, bardzo transowy i improwizowany koncert. Na bazie moich
piosenek, znanych z wykonań VZ, naturalnie. Pomysł VZ realizowałem od zawsze z
muzykami, którzy byli w danym momencie mi bliscy. Stąd obecność Michy i Tymona.
Mamy to, co niezbędne – totalne porozumienie & wzajemny „nakręt",
naturalnego pierdolca. Uwielbiam to! Będzie się działo… :)
Na koncertach często
opowiadasz ciekawe historie z życia bluesmanów. Czy wciąż odkrywasz bluesa?
Jaki muzyk wywarł na Tobie ostatnio największe wrażenie?
Rzeczywiście, na koncerach
pojawia się dużo rozmaitych historii z życia wziętych. Z życia bluesmanów i nie
tylko. Od lat opowiadam, freestyle'uję w
oparciu o sytuacje, których doświadczyłem. Czasem ma to związek z tekstem
piosenki, innym razem „miksuję” myśli, skojarzenia, które właśnie płyną przez
moje zwoje. Innym razem jest kompletnie bez związku ... (śmiech).
Wciąż odkrywam muzykę,
więc bluesa też. Muzyk, który wywarł na mnie ostatnio największe wrażenie…?
Chyba włoski wiolonczelista Giovanni Solima. Wirtuozeria absolutna. Generalnie
daleko od bluesa, chociaż goszczą w jego kompozycjach bluesowe frazy.
Niesamowite jest to, w jaki sposób ten człowiek korzysta z własnego potencjału.
W bluesowym temacie –
zauroczyła mnie książka „Blues Poems” Kevina Younga. Jest to zbiór wierszy,
tekstów piosenek, znanych i nieznanych. Blues to w końcu piosenki – muzyka i
TEKST. Young dokonał wyboru tekstów, opatrzył komentarzem, powstała z tego
cudowna kwintesencja bluesowych wersów.
Obecnie młodzi
gitarzyści mogą posiłkować się tabulaturami i filmami instruktażowymi. Co Ty
miałeś do dyspozycji wraz z pierwszą gitarą?
Dobre pytanie… Nagrania
i kolegów. Później więcej i więcej nagrań i kolegów kolegów, aż trafiłem na
jednego z moich idoli – Nicka Katzmana. Zanim jednak do tego doszło, słuchałem
= pożerałem setki nagrań. Wybierałem perełki i uczyłem się grać.
Wykorzystywałem te umiejętności również w moich ówczesnych, nowofalowych,
eksperymentalnych kapelach.
Ogromną pomoc otrzymałem
ze strony moich sióstr, które uczęszczały do szkół muzycznych. Nauczyły mnie
podstaw rozumienia świata dźwięków, czytania, pisania. Co najważniejsze,
pomogły w zbudowaniu własnej metody pracy z instrumentem. Nauczyłem się, jak
ustawiać swoje działania, aby osiągnąć zamierzony efekt. Bezcenne…!
Wracając do tematu
składania pierwszych dźwięków. Uczyłem się akordów ze śpiewników
i na tym gruncie komponowałem swoje piosenki.
Takie były właśnie pierwsze kroki. Gdy zacząłem grać na gitarze akustycznej,
potrafiłem już trochę grać na basie i pianinie. Granie muzyki nie było mi więc
obce. Pisałem też naturalnie teksty.
Wspominałem o kolegach.
Jeden z nich grał w orkiestrze, kumał już coś z jazzu, grał na gitarze. Ja
robiłem mu groove, a on improwizował. Przełomem był obóz żeglarski w NRD, w
kooperacji z żeńskim obozem FDJ. Było nas trzech gitarzystów i tłum pięknych
dziewcząt. Wymarzona publika. Graliśmy głównie instrumentalnie bluesy i proste
jazzowe numery. Były to pierwsze moje, jak to się mówi – szerokie wody. Jeśli
chodzi o nagrania, ważnym żródłem były audycje Marii Jurkowskiej, generalnie
Program 3, oraz rodzina - bliscy przywozili mi z Zachodu płyty, sprzęt typu
pazurki, slide.
Sam brałeś udział w nagrywaniu kilku lekcji pokazowych,
prowadzisz też warsztaty. Co przyciąga na nie ludzi?
To ciekawe, gdyż jest to
żywy proces. Kiedyś ludzie przybywali na warsztaty, aby uczyć się grać na
instrumencie. Teraz coraz więcej adeptów chce uczyć się, jak budować i
realizować swój muzyczny wizerunek. Są ludzie, którzy spędzają w ten sposób
wolny czas, realizują swoją pasję. Prowadziłem tego lata warsztaty m.in. w
Płocku, w Jedlinie-Zdrój, gdzie przeważający procent uczestników stanowi
młodzież ze szkół muzycznych. Młodzieżówka szuka i drąży temat, rozwijają się
świadomie, każdy w swoim kierunku.
Z kolei na Kreatywnych
Warsztatach Wojtka Pilichowskiego w Kliczkowie „studenci" przeprowadzali
łańcuch działań „od pomysłu do produktu". Warsztat kończył się
profesjonalną rejestracją danej formy. Obecnie brakuje mi niestety czasu na
szerszą, jak kiedyś, działalność warsztatową. Jednak wciąż kontakt z młodymi
adeptami sztuki muzycznej jest dla mnie bardzo ważny.
Kiedy koncertowy powrót do Polski? Zdążysz gdzieś jeszcze
zagrać przed Rawa Blues Festiwal?
Na dobre wrócę pewnie
dopiero w przyszłym roku. Jesienią zagram kilka koncertów. Będą to wydarzenia
dla mnie szczególne, gdyż zagram w miejscach zaprzyjaźnionych fragmenty nowego
materiału, o którym wspominałem. Przed Rawą będzie kameralny koncert w klubie
Agrafka w Zgierzu w ramach festiwalu małych form teatralnych „Słodkobłękity”,
zagram też gościnnie z formacją „Czarne Kwiaty” na żywo, na antenie Radia
Gdańsk. Główny koncert tej jesieni to Rawa Blues, gdzie zagram oczywiście z
Michą Maassem. Póki co, przeżywam cudowny chillout po bardzo intensywnych,
obfitych w podróże i koncerty trzech kwartałach tego roku (śmiech).
Dziękuję za rozmowę.
Również dziękuję za
rozmowę Mateusz, pozdrawiam czytelników & życzę udanej kontemplacji
"Złotej Polskiej Jesieni".
czwartek, 10 maja 2018
Budgie – Zapomniani Królowie Walii
Budgie to zespół, którego polskiej publiczności
przedstawiać nie trzeba. Pamiętam, jak
wyłowiłem tę walijską perłę za młodu. Wtedy nie doceniłem jej. Dopiero po
utworze Parents zorientowałem się, że
liderem jest wokalista, a nie wokalistka – „When
I was a little boy…”. Z każdym kolejnym podejściem do muzyki Walijczyków
było już tylko lepiej. Wymaga to analizy płyta po płycie.
Istnieją przynajmniej dwa charakterystyczne atuty
zespołu. Pierwszym jest lider John Burke Shelley – wokalista i basista. Wysoki
głos wzbogacony w chrypę, stał się znakiem rozpoznawczym grupy. Drugim atutem
Budgie są zagrywki gitarowe. Ich autorem jest Tony Bourge, który w wyjątkowo
inteligenty sposób używa swojego instrumentu. Można to usłyszeć nie tylko w
zapadających w pamięć riffach, ale przede wszystkim w częstych, przemyślanych solówkach.
Grą Bourge’a zainspirowani
byli znani gitarzyści rockowi, m. in. Jerry Cantrell (Alice in Chains) oraz
Josh Homme (Queens of the Stone Age). Najbardziej twórczy okres Budgie
przypada na lata siedemdziesiąte – Budgie wydało wtedy siedem płyt, a większość
z nich zasługuje na wyróżnienie.
Eponimiczny debiut z 1971 roku, oprócz wcześniej
opisanych zalet, objawił humorystyczne oblicze grupy. Dostrzeżemy je w słynnym
kawałku o gołej spadochroniarce („Nude
Disintegrating Parachutist Woman”). To zdecydowanie moment kulminacyjny
– zmiany tempa, mnogość riffów i zaskakujących pomysłów. Już od początku normą
stały się odskoki od żywiołowego grania na rzecz krótkich i prościutkich ballad
(„Everything in my Heart”, „You and I”).
Właściwie tak grubej kreski pomiędzy balladą a żywiołowym rockiem nie stawiał
nikt. Na szczęście to po prostu działa i nie sposób wytykać niespójności. Kreski
nie usłyszymy, architektury (jak powiedział Frank Zappa) nie zatańczymy, a o
muzyce (jak stwierdził John McLaughlin) nie pogadamy. „Można tylko grać,
cieszyć się nią i słuchać jej”. Pozostałym dziesięciu płytom przyjrzymy się rzecz
jasna na drodze wyjątku.
Drugi album (Squawk) podtrzymał konwencję
debiutu. Żwawe, bazujące na mocnych riffach kompozycje („Rocking man”, „Stranded”) w przekładańcu ze
spokojniejszymi kawałkami („Rolling Home Again”, „Young is a World”) znów zdały egzamin; płyta zyskała statut
złotej, a więc pół miliona sprzedanych egzemplarzy.
Rok 1973 przyniósł najlepszą, w powszechnym
przekonaniu, płytę w dorobku grupy. Never Turn Your Back on a Friend rozpoczyna
„Breadfan”, którego moc skusiła
Metallicę do nagrania coveru w 1988 r. Reszta płyty powinna przypaść do gustu
wielu fanom blues rocka, hard rocka, czy nawet rocka progresywnego. „Baby
please don’t go” nigdy nie brzmiało tak
agresywnie, jak w wykonaniu Budgie. Moje największe uznanie zespół zyskał przez
„You’re The Biggest Thing Since
Powdered Milk”, czyli „Jesteś najlepszą rzeczą od czasów mleka w proszku”
(zespół zdążył wówczas przyzwyczaić publikę do dość dziwnych tytułów) i
epickie „Parents”.
Używam tego słowa z wielką ostrożnością, bowiem często bywa ono nadużywane. Tutaj
jednak usłyszymy, że „epicki” znajduje odpowiednie zastosowanie do wymienionych
utworów.
Płyta In for the Kill (1974) to
wciąż wysokie loty papużki (ang. budgie). Pete Boot zastąpił na perkusji
Raya Phillipsa, który pokłócił się z Shelleyem i nie wrócił do nagrywania z
zespołem. Jednym z bardziej efektownych utworów na płycie jest „Hammer and Tongs” z
fenomenalnymi zagrywkami gitarowymi, przypominającymi „Dazed And Confused” Led
Zeppelin. Klimat kompozycji stopniowo zmienia się w bluesowe szaleństwo
solówkowe na najprostszym schemacie. Kolejne porównania wywołuje „Wondering
What Everyone Knows” osadzone w podobnej sferze co „Planet Caravan” Black
Sabbath. Powyższe porównania wypadają na niekorzyść Budgie z uwagi na
rozbudowanie kompozycji. Grupa przez większy okres działalności funkcjonowała
jako trio, a więc mnogość riffów i solowych wycieczek gitarzystów zasługuje na
szczególne uznanie.
Bandolier (1975) to ostatni album Budgie w wytwórni MCA Records i pierwszy z udziałem kolejnego perkusisty – Steve’a Williamsa. Muzyk zapisał swój udział w zespole za „garnkami” na wszystkich pozostałych płytach. Największy wkład w tworzenie utworów, jak przyznał perkusista, mieli Shelley i Bourge. Nic w tym zaskakującego – korespondencja basu z gitarą na Bandolier wypada znakomicie, jak nigdy wcześniej, czy to w otwierającym, mocnym „Breaking All The House Rules”, funkowym „Who Do You Want for Your Love?”, czy galopującym „Napoleon Bona – Part 1&2”. Ze względu na różnorodność oraz polot wszystkich kompozycji, Bandolier spokojnie można podawać jako przystawkę do poznania zespołu.
W szóstym studyjnym albumie If I Were
Brittania I’d Waive the Rules (1976) grupa postawiła, zgodnie ze
zbliżającym się trendem lat osiemdziesiątych, na hard rocka. Głos Shelley’a w
refrenie „Anne Neggen” łudząco
podobny jest do Michaela Jacksona, a „Quacktor
and Bureaucats” tanecznie uzupełnia wizję nadchodzących czasów. Shelley
czerpie przy tym zaśpiew od słynnego Howlin Wolfa (niemal wiernie skopiowany ze
„Spoonful”). Całość zamyka pulsujący „Black
Velvet Stallion” z porwaną solówką.
Ostatnią płytą, na której zapisał swój udział
gitarzysta Tony Bourge jest Impeckable (1978). Tym razem poziom okazał
się wciąż równy, ale wyraźnie niższy. O latach świetności przypomina „Love For
You And Me”, dość ciekawa inwencja wypływa z dziwacznego, choć tanecznego riffu
„Dish It Up”, a reszta przemija radośnie i bezpłciowo. Wszystko to już było, z
większym pazurem i głębią, więc łezka może zakręcić się w oku przy balladzie
„Don’t Go Away”. Odejście Bourge’a z zespołu u kresu lat siedemdziesiątych
zabiło charakter grupy. Budgie wydało jeszcze cztery płyty studyjne, które były
dalekie od osiągnięcia poziomu poprzednich.
Na wiośle w drugim okresie twórczości Budgie,
przypadającym na początek lat osiemdziesiątych, grał John Thomas. Power Suply (1978), jeśli chodzi o
gitarowe granie wypada szybko i ostro. W porównaniu do dźwięków, które z gitary
wydobywał Bourge, zagrywki Thomasa wypadają jak codzienne techniczne wprawki
szkoleniowe. Budgie zostało pozbawione pięknych melodii. Na tle hardrockowych
płyt wydanych w latach osiemdziesiątych Power
Suply wypada blado. Jedynym przeciwieństwem powyższych zarzutów jest nie
pasujące do reszty, wspaniałe „Time to Remember” – utwór z duszą, subtelną
solówką i instrumentalnymi ozdobnikami.
John Thomas miewał przebłyski geniuszu. Potrafił
stworzyć we współpracy z Shelleyem niezapomniane hity – na Nightflight (1981) piorunujący kopniak w postaci otwierającego
album „I Turned to Stone” i następującego po nim „Keeping a Rendezvous”. Co
więcej, słychać pieczołowitość włożoną w każdy numer. Zmiana kierunku grupy wyszła
na jaw dopiero teraz. Widać to już po zapoznaniu się z okładką rodem z
niskobudżetowego filmu fantasy (fani cięższego grania zawsze dostrzegą w tym
urok) i czasem trwania utworów (mniej więcej po trzy minuty).
Na przedostatnim studyjnym krążku muzyka grupy
brzmiała niepoważnie, jeśli odniesiemy ją do jakiejkolwiek płyty zespołu z lat
siedemdziesiątych. Na Deliver Us From
Evil (1982) pełno jest żwawych, zupełnie niecharakterystycznych zagrywek i kosmicznych
klawiszy brzmiących wprost nieambitnie, niczym dźwięki z gry wideo dla dzieci.
Na ostatnią płytę You’re All Living In Cuckooland (2006) trzeba było czekać
dwadzieścia cztery lata. Zespół zdołał skompresować swój cały dorobek, mamy tu
więc obraz grupy nie podlegającej wpływom muzycznym. Budgie w latach
siedemdziesiątych samodzielnie wyznaczało stylistykę idąc ramię w ramię z
tuzami hard rocka. Budgie lat osiemdziesiątych podporządkowało się do estetyki
panującej na rockowej scenie i wyszło na tym niekorzystnie. Zaś Budgie XXI
wieku patrzy jedynie na swoją twórczość. Maluje sobie i fanom laurkę złożoną z
patentów, które niegdyś wymyślili. Co istotne, przebojowość, która nie
wychodziła zbyt dobrze na trzech poprzednich płytach, tutaj zdaje egzamin (Compressing the Comb from a Cockerel’s Head),
a czas nawet wzbogacił niespełna sześćdziesięcioletniego Shelleya o korzystną
chrypę.
Grupa zawsze chętnie odwiedzała Polskę, gdzie
zyskała ogromne uznanie. Pod koniec 2010 roku zespół miał kolejny raz wystąpić
w Polsce, lecz zdiagnozowano u Shelley’a tętniaka. Od tamtej pory, po operacji
wokalista ma problem, aby grać i śpiewać jednocześnie przez dłuższy czas. Z
tego powodu działalność grupy została ostrożnie zawieszona. Nie jest zatem
jeszcze przesądzone, że nie zobaczymy legendarnych Walijczyków na scenie.
poniedziałek, 7 maja 2018
Phil Collins - Wielki powrót?
Phil Collins wraca do gry. Słynny
wokalista i perkusista Genesis powinien być poważany przez wszystkich. Nie ma,
że boli, nie ma, że się nie podoba. Wkraczamy na pole nietykalnej świętości, na
straży której stoi Patrick Bateman (bohater American
Psycho).
Collins
skończył udaną przygodę w Genesis i wyszedł z krążkiem Face Value (1981), żeby
ujawnić, co mu w duszy gra. A gra mu czule i emocjonalnie, choć bardziej
popowo. Tylko pop ten należy uznawać za muzykę połączoną jedną gałęzią z
rockiem. Tyle że zamiast epickich, poetyckich dłużyzn okraszonych płaczącymi
gitarami, mamy piosenki – krótkie, lecz rozmaite. Jest trans (Droned), są wyciskacze łez (mocny start
w In The Air Tonight), jest słońce (Hand In Hand), o którym często
przypomina radosna sekcja dęta, ale przede wszystkim jest mrok (If Leaving Me Is Easy). Face Value odzwierciedla uczucia, które
towarzyszyły muzykowi po rozstaniu z pierwszą żoną (If leaving me is easy, Going back is harder…). Collins przypomina
też, że zawsze mogą nadejść radosne chwile (Tomorrow
Never Knows).
W
drugim albumie Hello I Must Be Going (1982) muzyk szybko daje znać, że
wyszedł z pogrążenia obronną ręką – znów wielkie otwarcie płyty (I Don’t Care Anymore). Autor wypracował
sobie styl dobrego, przejmującego utworu
już w Genesis (Mama) i tutaj powiela
ten klimat w Do You Know, Do You Care? W
tej odsłonie uczuć Collinsa mamy jasne przesłanie – nie ma co się przejmować,
szczęście i miłość prędzej, czy później do nas trafią – You
Can’t Hurry Love to jeden z bardziej znanych utworów z początku kariery
solowej muzyka, choć to cover The Supremes. Saksofon Dona Myricka przenosi
słuchacza swoją ponętnością w nastrój filmów romantycznych lat osiemdziesiątych
i dziewięćdziesiątych. W porównaniu do debiutu Hello I Must Be Going wypada
dość blado, ale nie jest tak dużą odskocznią jak No Jacket Required (1985).
Collins
zawsze dobrze zaczyna. No Jacket Required jest ulubionym albumem Patricka
Batemana, a Sussudio to jego faworyt
z solowej dyskografii muzyka. W tekście można dojrzeć poczynania
„amerykańskiego psychola” i aż dziw bierze, że kawałek ten nie znalazł się w
soundtracku do filmu.
Collins
ciągle eksponował na okładkach płyt swoją twarz. Można posądzić go o
egocentryzm. Można też zarzucić granie bardziej komercyjne (Only You Know And I Know z powodzeniem
mogłoby być akompaniamentem do transmisji skoków narciarskich obok słynnego Jump – Van Halen). Panie Collins, sam
Pan sobie winien ogłaszając w tytule płyty, że nie są wymagane marynarki. Gdyby
były marynarki, to i krawaty by się znalazły. A jak wiadomo – „Klient w
krawacie jest mniej awanturujący się”. Stąd moja awantura. Bardziej
przekonująco wypada depresyjna odsłona Collinsa. Collins bez bluesa w sercu to
Collins dla mas. Dlatego krążek ten jest tak popularny.
W
tanecznym rytmie disco (Don’t Lose My
Number) omijam No Jackets Required,
kiedy mówię o najlepszych solowych dokonaniach Collinsa. To barbarzyństwo i
zdrada rocka. Gatunkowym wyjątkiem i śladem pierwszych dwóch płyt jest
znakomite w formie i treści Long Long Way
To Go, które spokojnie można stawiać na równi z późniejszym Another Day In Paradise. Muzyczna próba
naprawiania świata poczyniona w dobrym stylu.
…But
Seriously (1989) zdaje się być adekwatną odpowiedzią na
moje zarzuty do poprzedniej płyty. Co się nie zmieniło, to twarz na okładce
(choć zamiast en fas widzimy ją z lekkiego profilu) i konkretny utwór
otwierający płytę (Hang In Long Enough).
Nowym mankamentem jest wprowadzenie pieśni o charakterze kończącym płytę
(wlekące się już na drugiej pozycji That’s
Just the Way It Is) i topornego utworu miłosnego (I wish It Would Rain Down). Największym hitem jest tutaj Another Day In Paradise, poruszający
problem bezdomności. Utwór przypieczętował sukces płyty, ale był też ostatnią
piosenką Collinsa, która osiągnęła pierwszą pozycję na liście Billboardu.
Piąty
album Both Sides (1993) Collins stworzył samodzielnie, w zaciszu
domowego studia. Oznacza to, że muzyk odpowiedzialny jest w pełni za
instrumenty i produkcję. Niedawno Collins uznał tę płytę za swoją ulubioną,
będącą wynikiem wielkiego przypływu weny. Jest to niezwykle szczery, spokojny i
przez to dobrze przyswajalny produkt. Należy jednak na niego uważać, bowiem
melancholijny soft rock to nie muzyka na każdą okazję. Tym bardziej, że w
mrocznej odsłonie Collinsa, cała przyjemność polega na obcowaniu z tekstem i
przykładaniu go sobie do serca. W ten sposób, mając Collinsa na otwartej dłoni
łatwo go naprawdę polubić.
Radosny
Collins, to mało atrakcyjny Collins. Kiedy słucham Dance Into The Light (1996),
budzą się we mnie najgorsze ludzkie przywary. Nie o to chodzi, że wścieka mnie
jego szczęście, ale w wersji pogodnej Phil Collins niezbyt często porusza moją
wrażliwość muzyczną. Znajduję jej poruszenie podczas słuchania Just Another Story i Oughta Know By Now. Utwory te płyną
jednostajnie, choć obok kategorii wyznaczonej przez płytę. Wolniej, acz ze
smakiem.
Długo
trzeba było czekać na siódmy album, ponieważ dopiero w 2002 roku pojawiło się Testify.
Zdaje się, że przerwa nie podziałała na korzyść muzyka, gdyż płyta okazała się
fiaskiem na wielu płaszczyznach. Collins powrócił do łask automatu
perkusyjnego, z którego zrezygnował na poprzedniej płycie. Nie trzeba
wspominać, że album rozpoczyna się bardzo przyciągająco (Wake Up Call). Collins nagrał, według siebie, „jedną z najbardziej
bezpośrednich i osobistych piosenek miłosnych w swoim życiu”. Chodzi tu o utwór
tytułowy. Obok This Love This Heart to
najjaśniejszy fragment płyty, którego inspiracją była ówczesna żona Collinsa –
Orianne. Najsłynniejszym elementem jest zaś Can’t
Stop Loving You – cover utworu country, w który Collins tchnął nowe życie. W
zasadzie płyta przenika przez uszy niczym piasek wydmowy przez palce, acz
uważać trzeba by nie pominąć powyższych skarbów.
Pomimo
złej sławy Testify, trasa koncertowa First Final Farewell Tour cieszyła się
popularnością. Muzyk ogłosił wówczas, że Testify
to ostatni album studyjny w jego karierze. Mimo tego nagrał w 2010 roku Going
back zawierające covery utworów w stylu Motown i soul. Młody Phil na
okładce ósmego studyjnego albumu gra na perkusji. Starszy Phil, przed
nagrywaniem płyty przeszedł operację, po której miał już nie powrócić na stołek
perkusisty. Okazało się jednak, że zdołał zapisać swoje partie perkusyjne na
płycie. Muzyka na ostatnim krążku Collinsa jest bardzo rozrywkowa, choć tym
razem nie należy jej za to przekreślać. Początek zwiastuje już tradycyjnie
arcydzieło - Girl (Why You Wanna Make Me
Blue). Całość broni się również. Różnorodność płyty i jej dobry styl należycie
absorbuje. Sprawia też, że decyzja o włączeniu jej do obiadu jest nienajlepszym
wyborem. Aż chce się wyciszyć wszelkie dźwięki otoczenia, żeby obcować
wyłącznie z muzyką, ewentualnie ze swoją randką na doczepkę.
Niedawno
ukazała się autobiografia Collinsa zatytułowana „Jeszcze nie umarłem”.
Muzyk zaanonsował powrót do nagrywania i koncertów. Stwierdził, że chce, aby jego dorastające dzieci mogły zobaczyć, co tata potrafi robić najlepiej. Zaplanowana trasa pokazała, że powrót na scenę to niezbyt dobry pomysł na wskrzeszenie muzycznej kariery – głos Collinsa nie jest już tak efektowny, a zdrowie nie pozwala na jakąkolwiek dynamikę podczas występów na żywo.
Muzyk zaanonsował powrót do nagrywania i koncertów. Stwierdził, że chce, aby jego dorastające dzieci mogły zobaczyć, co tata potrafi robić najlepiej. Zaplanowana trasa pokazała, że powrót na scenę to niezbyt dobry pomysł na wskrzeszenie muzycznej kariery – głos Collinsa nie jest już tak efektowny, a zdrowie nie pozwala na jakąkolwiek dynamikę podczas występów na żywo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Nick Cave & The Bad Seeds - "Ghosteen" (2019) Nick Cave to postać związana nie tylko z muzyką, ale też z...
-
Cóż za wspaniałą karierę wiedzie Rob Zombie. Nie wiem, czy jest bardziej znany ze swojej muzyki, czy z filmów. Po sobie wiem, że kojar...
-
Zasiadłem do Boba Dylana. Facet wydał prawie tyle albumów co ja i on mamy razem wszystkich palców. Szybko policzyłem, że na szóstym palc...
-
Już niedługo premiera "Wspomnień Scarlet", a tymczasem, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Replika, podaję fragment książki: ...







